Kampania strachu przed Grupą Wagnera trwa już od wielu tygodni. W lipcu Morawiecki ostrzegał, że najemnicy zbliżyli się do Przesmyku Suwalskiego, który oddziela Obwód Królewiecki od Białorusi. Dwa tygodnie później szef MON Mariusz Błaszczak zapowiedział, że z tego powodu wzmocni o 10 tys. żołnierzy polskie siły rozlokowane wzdłuż wschodniej granicy.
Zdaniem waszyngtońskiego Institute for the Study of War (ISW) na Białorusi liczba rosyjskich najemników wynosi około 4 tys., ale spada z powodu znacznie gorszego niż w Afryce uposażenia, jakie im oferuje Mińsk.
Czytaj więcej
W czasie konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki był pytany co doniesienia o śmierci szefa Grupy Wagnera, Jewgienija Prigożyna, oznaczają d...
Wagnerowcy zostali pozbawieni ciężkiego uzbrojenia: czołgów, opancerzonych wozów piechoty, dział. Bez tego nie stanowią poważnej siły, która mogłaby uderzyć w kraj NATO - mówi amerykańskiego wydaniu „Newsweeka” ekspert ISW George Barros. Generał Ben Hodges, były dowódca wojsk amerykańskich w Europie stawia sprawę bardziej dosadnie. Jego zdaniem polskie wojska w krótkim czasie „zmiażdżyłyby” ewentualne uderzenie Grupy Wagnera.
Dopóki grupa pozostawała oficjalnie niezależną, a przynajmniej autonomiczną w stosunku do Kremla organizacją, przekroczenie polskiej granicy było w tym sensie bardziej prawdopodobne, że Moskwa mogła od takiego posunięcia się zdystansować. Teraz jednak kiedy struktury Grupy Wagnera są integrowane z regularnymi siłami zbrojnymi Rosji, nie jest to już możliwe.
Eksperci ISW wskazują jednak, że utrzymywanie narracji o zagrożeniu ze strony wagnerowców pozostaje w interesie Moskwy. Odciąga uwagę polskiej i szerzej zachodniej opinii publicznej od realnego miejsca, gdzie rozstrzygnie się przyszłość Europy: frontu ukraińskiego.
W Polsce podtrzymywanie takiego strachu może z kolei być korzystne dla partii rządzącej. To znany efekt flagi: gromadzenie się społeczeństwa wokół aktualnej władzy, gdy żywe jest poczucie zagrożenia.