Polak – Węgier, dwa bratanki… Wciąż w to wierzę, choć za czasów Viktora Orbána moja wiara została wystawiona wielokrotnie na ciężką próbę. Problem w tym, że premier Węgier, w którego tak wierzyliśmy nad Wisłą w latach 90., ostatecznie wybrał ścieżkę Erdogana, a ideały demokratycznych przemian końca lat 80. zamienił na fideszowe państwo w państwie, stadion w Felcsút i przyjaźń z Putinem.
Dziwi ten flirt premiera Węgier z autokratą (dziś wiemy, że także zbrodniarzem), zwłaszcza że Orbán pazurami trzyma się Unii Europejskiej i ponoć ani myśli o scenariuszu jakiegoś hungaroexitu. Zdaniem przychylnych mu ekspertów chce być po prostu pragmatyczny; przeciwnicy widzą co innego. Unia to dla niego gwarancja dopływu taniej gotówki do skorumpowanego systemu władzy i zachodnie inwestycje, bez których Węgry dawno byłyby bankrutem. Panu Bogu więc świeczkę, a diabłu ogarek. Przysłowie to pasuje jak ulał, choć może czas je odwrócić: Putinowi świeczkę, a Unii ogarek; świeczka pali się coraz jaśniej, a ogarek coraz bardziej symboliczny.
Czytaj więcej
To pierwsza wizyta szefa dyplomacji państwa Unii Europejskiej odkąd Aleksander Łukaszenka sfałszował wybory prezydenckie w 2020 roku i wsadził za k...
Po tym, jak kilka tygodni temu premier Węgier obraził Ukraińców, twierdząc, że ich kraj jest jak Afganistan ziemią niczyją, wysłał z pokojową misją – tym razem do Mińska – swojego ministra spraw zagranicznych Pétera Szijjártó. Po co? Nie wiadomo. Minister z Budapesztu, komentując swoją wyprawę na dwór Łukaszenki, zaprezentował jakiś bełkot o konieczności zachowania kanałów komunikacyjnych i negocjacjach, które – rzekomo – mają zapewnić natychmiastowy pokój.
Negocjacje w Mińsku? Z kim? Z Łukaszenką? O pokoju? Dziwne, że świat nic o nich nie wie. Chyba że Budapeszt wyskoczy nagle jak królik z kapelusza z jakimś nowym formatem i rzuci euroatlantyckie stolice na kolana. Trudno jednak w to wierzyć, skoro ten sam Szijjártó kilka godzin wcześniej krytykował w węgierskich mediach kolejny pakiet wymierzonych w Moskwę sankcji.
Węgierski minister i jego pryncypał z Budapesztu pokazali światu, że Mińsk jest partnerem w relacjach z krajami UE i należy go traktować z powagą
Cóż zatem było przedmiotem rozmów z białoruskim odpowiednikiem Szijjártó – Siarhiejem Alejnikiem? Bez wątpienia jakiś geszeft, skoro w rozmowach uczestniczył lokalny minister gospodarki Aleksander Czarwiakowy. Oczywiście, trudno odmówić Budapesztowi prawa do geszeftów z reżimem Łukaszenki (zwłaszcza że Polacy nie są lepsi), niemniej przez wzgląd na tradycyjną przyjaźń i wzajemne wsparcie „bratanków” z Warszawy Budapeszt winien pamiętać, że ledwie kilka dni temu reżim w Mińsku skazał w ustawionym procesie na długie lata więzienia Andrzeja Poczobuta. Sprawa przetoczyła się przez światową prasę, więc Szijjártó nie mógł o niej nie słyszeć. Gdyby jeszcze zechciał się o Poczobuta upomnieć! Zabrać głos w sprawie prześladowań politycznych i narodowościowych na Białorusi, choćby po powrocie z Mińska. Nie, nic takiego nie miało miejsca. W ogólnym komunikacie szefa węgierskiego MSZ czytamy tylko, że choć nie poruszano tematyki wewnętrznej, w rozmowach podkreślono konieczność respektowania praw mniejszości narodowych i gwarancji wolności religijnych. O łaskawcy! O dobroczyńcy! Wypada paść na kolana i podziękować w imieniu Andrzeja Poczobuta, Andżeliki Borys i setek innych więźniów reżimu.
Ale dość żartów; mińską eskapadę Petera Szijjártó można by potraktować tylko jako udane naplucie w gębę bratankom z Warszawy, gdyby nie to, że idealnie wpisała się w potrzeby Łukaszenki. Węgierski minister i jego pryncypał z Budapesztu pokazali światu, że Mińsk jest partnerem w relacjach z krajami UE i należy go traktować z powagą. Dzięki nim Łukaszenko znów wygrał starcie z wolnym światem. I znów do zera.