Jak tylko do opinii publicznej zaczęły docierać pierwsze informacje o upadku po polskiej stronie granicy rakiety i śmierci dwóch osób, napisałem tekst: „Dlaczego musimy zachować spokój po wybuchach w Przewodowie”. Przekonywałem, że każdy ruch tak władz, jak i opinii publicznej po tych wydarzeniach będzie starannie analizowany zarówno przez naszych sojuszników, jak i przeciwników. Nie miałem wątpliwości, że Rosja pilnie przyjrzy się temu „stress testowi” polskiego państwa, armii, tajnych służb. I oceni, czy to dobra okazja do destabilizacji sytuacji w naszym kraju.

Ale też sojusznicy będą patrzeć, czy Polska jest krajem, na którym można polegać. I widać, że wyciągnęli już pierwsze wnioski. Jak donosił w poniedziałek wpływowy (szczególnie w Brukseli) serwis Politico: „Polska zachowała stoicki spokój”, podnosząc gotowość sił zbrojnych RP i czekając z bardziej zdecydowaną reakcją, aż sytuacja się wyjaśnił. Pytani przez IBRIS na zlecenie „Rzeczpospolitej” Polacy również wysoko ocenili reakcję naszego państwa. Nawet wśród wyborców opozycji przeważał odsetek pozytywnych ocen nad negatywnymi.

Czytaj więcej

Rosjanie wkręcili Andrzeja Dudę. Myślał, że rozmawia z prezydentem Francji

Widocznie kontrastowało to z opinią większości komentatorów, którzy co prawda chwalili umiar polskiego rządu, lecz wytykali mu niedostatki komunikacyjne, bo zawiodła komunikacja kryzysowa. Ten rozdźwięk wynika z tego, że czas dziennikarzom i komentatorom płynie inaczej niż zwykłym obywatelom. Media społecznościowe tak zmieniły funkcjonowanie tradycyjnych, że te znajdują się pod nieustanną presją, a właściwie pod ciśnieniem domagających się nieustannego strumienia informacji i komentarzy. A sytuacja była zbyt delikatna, by pozwolić sobie na podanie niesprawdzonej informacji lub postawienie zdecydowanej tezy. W efekcie komentatorzy i politycy żyją w swego rodzaju bańce informacyjnej, która ma znacznie większą intensywność niż to, co dociera do przeciętnego wyborcy. Choć generalnie uważam, że większość mediów dobrze zdała ten egzamin.

I również z powodów czysto merytorycznych mam pozytywne zdanie o reakcji polskich władz – szczególnie prezydenta Andrzeja Dudy. Zwołanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, stonowane komunikaty, utrzymywanie ścisłej koordynacji z sojusznikami – szefem NATO, czy prezydentem USA – odpowiadało powadze sytuacji. Choć może małostkowe było tłumaczenie, że nie chce się spotykać z Donaldem Tuskiem z powodu braku zaufania do niego, bo przypominało, jak mocno prezydent tkwi w pisowskiej bańce, która żywi się niechęcią do lidera Platformy Obywatelskiej.

W momencie największego kryzysu bezpieczeństwa ostatnich lat, prezydent został połączony przez współpracowników i dopuszczony do siedmiominutowej rozmowy z kimś, kto podawał się za prezydenta Francji Emmanuela Macrona

I dobrą opinię o Andrzeju Dudzie miałem do wtorkowego popołudnia, gdy wyszło na jaw, że w momencie największego kryzysu bezpieczeństwa ostatnich lat, prezydent został połączony przez współpracowników i dopuszczony do siedmiominutowej rozmowy z kimś, kto podawał się za prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Teraz wiemy, że byli to rosyjscy pranksterzy.

To coś więcej niż błąd, tym bardziej że to już druga taka sytuacja. Państwo, służby i administracja powinny wyciągnąć z tego surowe konsekwencje. Bo Rosjanie z pewnością tę sytuację starannie przeanalizowali i wiedzą, gdzie są nasze słabe punkty.