W środowej „Rzeczpospolitej" ukazał się tekst Marka Migalskiego pt. „Śmiertelnie poważna polityka". Autor posłużył się słowami, które – w mojej ocenie – nigdy nie powinny paść, a na pewno nie na łamach naszej gazety. Muszę je przytoczyć, choć robię to z bólem: „Prawdopodobnie władze przez działania i zaniechania zabiły więcej Polaków niż Stalin oficerów w Katyniu".

O zaniedbaniach rządu w sprawie pandemii (i w każdej innej dziedzinie) trzeba pisać. I wiele się o tym pisze, mówi, myśli. Podobnie jest w innych krajach; bliscy się zastanawiają, czy moja mama, mój brat, krewny czy przyjaciel nie umarliby, gdyby władze zareagowały inaczej. Polaków zmarło szczególnie dużo, pytania do rządu są uzasadnione. Wielu obywateli o tym myśli i zapewne podejmie swoją wyborczą decyzję, mając na uwadze odpowiedzialność rządzącego PiS.

Jako wnuk oficera zamordowanego w Katyniu chciałem stanowczo podkreślić: nie godzę się na takie stawianie sprawy.

Niemniej formowanie zarzutów o „zabijanie Polaków" przez władze muszą się mieścić w cywilizowanych granicach. Nie wolno trywializować zbrodni stalinowskich. Nigdy. A na pewno nie w „Rzeczpospolitej". Pracuję w niej od 30 lat. W tekstach nie odwołuję się do własnych uczuć, do tego, w czym wyrosłem, z jakimi traumami przyszło mi żyć. Tym razem nie mam wyjścia. Jako wnuk oficera zamordowanego w Katyniu chciałem stanowczo podkreślić: nie godzę się na takie stawianie sprawy.

Autor z tytułem naukowym zdaje się nie rozumieć, że czym innym jest odpowiedzialność za ludobójstwo, za zamiar zniszczenia państwa poprzez likwidację jego elit, a czym innym odpowiedzialność polityków za zgony w czasie zarazy, z powodu wypadków drogowych czy smogu. Nie zauważa, że jego porównanie wpisuje się w relatywizację historii w Rosji. Właśnie likwidowane jest tam Stowarzyszenie Memoriał, dokumentujące zbrodnie sowieckie, mające wielkie zasługi w odkrywaniu prawdy o zbrodni katyńskiej. Autor przyłącza się do coraz powszechniejszego w Polsce nurtu sprowadzania wszystkiego do Stalina i Hitlera. Nurtu szkodliwej trywializacji i relatywizacji.

Nie wiem, jakie uczucia zagnieździły się w autorze tekstu, że posunął się do użycia tak haniebnego zestawienia. Ale jego używanie psuje debatę publiczną i powinno się spotkać ze stanowczym sprzeciwem.