Dla Kaczyńskiego Tusk jest wymarzonym przeciwnikiem, znacznie wygodniejszym niż Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz czy nawet Rafał Trzaskowski. Jego powrót z Brukseli był więc dla prezesa PiS doskonałą wiadomością, bo obecny lider Platformy budzi najgorętsze emocje, uwielbiają go jego wyznawcy i nienawidzą oponenci. Z tego samego powodu to Kaczyński jest wymarzonym wrogiem Tuska, a nie premierzy Beata Szydło i Mateusz Morawiecki czy jakikolwiek polityk PiS.
Temat debaty Tusk–Kaczyński jest więc dla obu idealny. Pytany o nią w RMF FM prezes PiS stwierdził, że będzie możliwa tylko wtedy, gdy Tusk przeprosi. Za co? Właściwie za wszystko, bo co złe w Polsce to wina Tuska. Dwa razy liderowi PO takiej propozycji nie trzeba było składać. Szybko na Twitterze napisał „Przepraszam, Jarku" i poprosił o miejsce i datę debaty. Bez względu na to, czy dojdzie ona do skutku (w co wątpię), już sama debata o debacie realizuje cel obu liderów, czyli polityka jeszcze bardziej się personalizuje i kręci wokół nich.