Mobilizacja tysięcy osób różnych zawodów, aby pokazać niezadowolenie gabinetowi Donalda Tuska to manifestacja organizacyjnej skuteczności. Rząd dostał poważny sygnał, że jest w kraju siła zdolna do połączenia różnych nurtów niezadowolenia: socjalnego, ekonomicznego, ale też czysto politycznego. Siła, która potrafi zorganizować Polaków do – jak przekonują związkowcy – największego strajku na Śląsku od czasów PRL.
Jednak wtorkowa akcja protestacyjna jest podszyta słabością. Po pierwsze dlatego, że związkowcy nie potrafili jasno zdefiniować swojego celu. Teoretycznie strajk był wyrazem solidarności z pracownikami sądów, którzy sami strajkować nie mogą, a łączyć wszystkich protestujących miał sprzeciw wobec wygaszania emerytur pomostowych i uelastycznienia rozliczania czasu pracy. W praktyce jednak każdy – lekarze, pielęgniarki, górnicy czy nauczyciele – strajkował w obronie swoich branżowych interesów. Wielość postulatów sprawiła, że do obserwatorów nie dotarło żadne spójne przesłanie. Z wyjątkiem tego, że związkowcy są niezadowoleni z rządu.