W specjalnych ministerialnych agendach powstają dziesiątki programów, które mają wyciągnąć szkoły z kryzysu.

Efektów nie widać żadnych. Wystarczy spojrzeć na wyniki egzaminów szóstoklasistów, gimnazjalistów czy maturzystów. Z roku na rok jest coraz gorzej.

Tymczasem MEN – nawet po kolejnych krytycznych raportach NIK – nie ma sobie nic do zarzucenia i wymyśla kolejne programy naprawcze, na które wydaje dziesiątki milionów złotych.

Od kilku lat MEN inwestuje w reformę nadzoru pedagogicznego. O kontrowersjach z tym związanych piszemy w dzisiejszej „Rzeczpospolitej". Zaskakujące, że fiasko jakiegoś programu nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji. Urzędnicy najspokojniej w świecie poprawiają program, który wcześniej popsuli.

Obok milionów z UE i budżetu państwa, które bez sensu wydajemy, można byłoby nawet przejść obojętnie. Nie da się jednak nie zauważyć, że na tych beznadziejnie przygotowanych reformach tracą przede wszystkim dzieci. Nauczyciele zajęci wdrażaniem kolejnych pomysłów ministerialnych na edukację machają ręką, bo muszą się pogłowić, jak w tym czy innym sprawozdaniu pod-?nieść ogólną ocenę placówki. I tak naprawdę dobro ucznia schodzi na plan dalszy.

Konsekwencje tego odczujemy za kilka lat wszyscy, gdy na studia, a potem do pracy trafią ciemne barany. Ale wtedy, niestety, będzie już za późno, by wdrożyć kolejny program naprawczy, bo zwyczajnie nie będzie czego naprawiać.

Pierwsze efekty tej powolnej degradacji polskiej szkoły są widoczne, gdyż już na studia polonistyczne trafiają panny, które nigdy w życiu nie słyszały o... Janie Kochanowskim. Z kolei na kierunkach technicznych trafiają się młodzieńcy, którzy nigdy nie mieli do czynienia z funkcjami trygonometrycznymi. I co gorsza, ci „eksperci" będą potem autorami światłych pomysłów wyciągnięcia polskiej szkoły z dna.