Jeszcze kilka miesięcy temu bardzo poważnie traktowały uzgodnienia z Moskwą z 1997 roku – akt stanowiący o wzajemnych stosunkach NATO–Rosja. A zakładał on, że po rozszerzeniu sojuszu (czyli przyjęciu między innymi nas, co nastąpiło dwa lata później) w sprawach infrastruktury militarnej i rozmieszczenia wojsk nic się w Europie Środkowo-Wschodniej nie zmieni.
Moskwa już dawno takie ustalenia podeptała, choćby tworząc bazy lotnicze na Białorusi, sugerując rozmieszczenie rakiet z głowicami atomowymi w obwodzie kaliningradzkim czy traktując NATO oficjalnie w swojej doktrynie wojennej jako wroga i zagrożenie. Nie mówiąc już o wywoływaniu wojen, najpierw w Gruzji, a w zeszłym roku na terenie Ukrainy.
Ale Niemcy jeszcze w lecie ubiegłego roku, po aneksji przez Rosję Krymu i rozpętaniu wojny w Donbasie, były gorliwymi wyznawcami aktu stanowiącego. Zdecydowanie odrzucały polskie prośby o przeniesienie na teren naszego kraju tysięcy natowskich żołnierzy. Podobnie jak Włochy uważały, że nie ma nic dziwnego w tym, że u nich stacjonują Amerykanie, a u nas jest to zakazane. Choć to Polska, a nie kraje starej Europy, graniczy z państwem, które interweniuje militarnie u sąsiadów.
Teraz postawa Berlina ewoluuje w dobrym kierunku. Nieustępliwie agresywna i szowinistyczna polityka Rosji doprowadziła do tego, że Niemcy nie widzą już w niej partnera. Nie widzą też potrzeby trzymania się aktu stanowiącego.
Jak piszemy w dzisiejszej „Rzeczpospolitej", na terenie Polski pojawią się licznie żołnierze Bundeswehry. Setki niemieckich żołnierzy ćwiczących na polskim terytorium to, wbrew historycznym skojarzeniom, obiecująca perspektywa. Wraz z ćwiczącymi tu, a w przyszłości miejmy nadzieję i stacjonującymi na stałe Amerykanami będą oni zwiększali bezpieczeństwo Polski. W czasach prawdziwych wojen w Europie wojska z sojuszniczych krajów NATO są u nas mile widziane.