Same wybory również. Według części socjologów to zupełnie naturalny proces – opozycja zaczęła być aktywna i odbiera głosy rządzącym. A ci – co też naturalne – tracą z powodu pogarszającej się sytuacji gospodarczej.

Jednak zupełnie nie do wyjaśnienia jest, że wraz z początkiem kampanii wyborczej w Rosji wyborcy zaczęli tracić zainteresowanie samymi wyborami. Tak jakby z góry założyli, że to i tak nic nie zmieni.

Jeśli tak, to mają pewnie rację, wystarczy przypomnieć poprzedni maraton wyborczy na przełomie 2011 i 2012 roku. Wyniki wyborów zarówno parlamentarnych, jak i prezydenckich zostały zakwestionowane przez znaczną część wyborców, którzy wyszli na ulice największych miast.

Ale nawet uliczne manifestacje nic nie dały. Ci, których wtedy wybrano (łącznie z prezydentem Putinem), rządzą do dziś. A o ówczesnych wielotysięcznych protestach pamiętają już tylko niektórzy ich uczestnicy, siedzący w rosyjskich więzieniach.

Dziś w Rosji mówią: „w tej kampanii nic się nie dzieje", i patrzą – jedni z zazdrością, a inni ze zdumieniem – na głosowania na Ukrainie, w Polsce czy teraz w USA, zajadłą walkę polityczną, której wynik jest nieznany do ostatniej chwili. A każdy oddany głos ma swoją wagę i o czymś decyduje.

Patrzą, jednak w Rosji by tego samego nie chcieli. Badania socjologiczne wskazują bowiem, że wszystkie instytucje władzy wykonawczej cieszą się cały czas niezachwianym zaufaniem. Zatem: coraz mniej Rosjan interesuje się, kto w ich imieniu zasiada w parlamencie. Najważniejsze dla nich jest to, że na Kremlu siedzi Władimir Putin.