Reklama

Płynnego pieniądza szybko ubywa. Czy wyschnie także popyt?

Tak gwałtowny spadek realnej wartości płynnego pieniądza jak obecnie w przeszłości zwiastowałby załamanie popytu w gospodarce. Kilka lat niskich stóp procentowych zniszczyło jednak dawne zależności.

Publikacja: 29.08.2022 03:00

Płynnego pieniądza szybko ubywa. Czy wyschnie także popyt?

Foto: Adobe Stock

Podaż płynnego lub też szybkiego pieniądza, czyli gotówki i środków na rachunkach rozliczeniowych gospodarstw domowych i firm, zmalała w lipcu o 3,4 proc. rok do roku, po zniżce o 0,5 proc. w czerwcu. To zjawisko we współczesnej historii Polski bardzo rzadkie. Wcześniej, od połowy lat 90. XX wieku do czerwca br., podaż płynnego pieniądza (tzw. agregat M1) malała w ujęciu rok do roku zaledwie przez pięć miesięcy. Tylko raz, pod koniec 2000 r., działo się to przez kilka miesięcy z rzędu.

Za sprawą najwyższej od ćwierćwiecza inflacji realna wartość M1 w lipcu zmalała o 19 proc. rok do roku, podczas gdy w 2000 r. topniała maksymalnie w tempie 13 proc. rocznie. Można to interpretować jako tempo utraty siły nabywczej przez tę część zasobów pieniądza, którą gospodarstwa domowe i firmy planują przeznaczyć na bieżące wydatki. Na pierwszy rzut oka skutkiem musiałoby być gwałtowne załamanie popytu konsumpcyjnego i inwestycyjnego w kolejnych kwartałach.

– Zachowanie podaży pieniądza M1 w ujęciu realnym wskazuje na nadchodzący gwałtowny spadek aktywności w gospodarce. W danych historycznych widzimy silną zależność pomiędzy dynamiką realnego agregatu M1 a zachowaniem PKB w kolejnym roku – mówi Urszula Kryńska, ekonomistka z PKO BP.

Zaburzone zależności

Spowolnienie oczywiście jest przez ekonomistów powszechnie oczekiwane, już zresztą się zaczęło. W prognozach nie widać jednak takiego załamania popytu – czyli głębszego niż w 2001 i 2013 r., po poprzednich zniżkach realnego M1 – jakie zdaje się zapowiadać spadek podaży szybkiego pieniądza. Przykładowo kilka dni temu swój scenariusz makroekonomiczny zaktualizowali analitycy z Banku Ochrony Środowiska. Według nich w 2023 r. realny PKB Polski zwiększy się o 1,7 proc., po 4,2 proc. w tym roku. W żadnym z kwartałów tego ani przyszłego roku ekonomiści z BOŚ nie oczekują spadku konsumpcji ani inwestycji w ujęciu rok do roku.

Reklama
Reklama

Ten scenariusz jest wprawdzie dość optymistyczny, ale nie odbiega radykalnie od innych. Nawet pesymiści spodziewają się bowiem choćby symbolicznego wzrostu PKB w 2023 r. (o około 0,5 proc.). Niektóre scenariusze zakładają przy tym kwartał lub dwa spadku konsumpcji rok do roku, nieco częściej – choć też nieczęsto – w prognozach widać spadek inwestycji.

– Chociaż zakładamy spowolnienie w gospodarce w najbliższym czasie, to tym razem sygnał płynący z M1 jest zbyt silny. Spowolnienie nie będzie prawdopodobnie aż tak gwałtowne – przyznaje Urszula Kryńska.

Skutki niskich stóp

Aby zrozumieć, dlaczego spadek podaży pieniądza nie zwiastuje takiej zapaści w gospodarce, jak sugerują historyczne zależności, trzeba przyjrzeć się jego przyczynom. Jedną z nich jest zmiana struktury aktywów i pasywów gospodarstw domowych i firm pod wpływem zmiany stóp procentowych.

– Nie mam przekonania, że dawne powiązania między agregatami monetarnymi a realną gospodarką dzisiaj obowiązują. Mamy do czynienia z bezprecedensową zmianą stóp procentowych, a to wywołuje gwałtowne zmiany w strukturze podaży pieniądza – tłumaczy Piotr Kalisz, główny ekonomista banku Citi Handlowy.

Środowisko niskich stóp procentowych, które istniało do jesieni ub.r., zmniejszyło koszt alternatywny (tzn. utracone odsetki) trzymania pieniędzy w gotówce i na nieoprocentowanych rachunkach bieżących zamiast na lokatach terminowych. Zainteresowanie lokatami wyraźnie zmalało już w 2015 r., gdy Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopę referencyjną do 1,5 proc., a znikło zupełnie po obniżkach sprowokowanych pandemią Covid-19. Saldo lokat terminowych w systemie bankowym rekordową wartość osiągnęło w kwietniu 2016 r., a we wrześniu 2021 r. – ostatnim miesiącu przed początkiem cyklu podwyżek stóp procentowych – było już o niemal połowę (224 mld zł) niższe. Jednocześnie w szybkim tempie przybywało gotówki w obiegu i pieniędzy na ROR-ach. Wartość M1 rekord ustanowiła w listopadzie ub.r., gdy była o ponad 140 proc. (1,1 bln zł) większa niż w marcu 2015 r.

Od października ub.r. RPP podwyższyła stopę referencyjną o 6,4 pkt proc., w ślad za tym ruszyło oprocentowanie lokat w bankach. Aby choć częściowo ochronić oszczędności przed utratą siły nabywczej wskutek inflacji, klienci banków zaczęli je wycofywać z rachunków bieżących na terminowe lub poza sektor bankowy i nadpłacać kredyty. W br. z ROR-ów gospodarstw domowych wyparowało niemal 100 mld zł, czyli 11 proc. (z rachunków firm niemal 36 mld zł, czyli 10 proc.).

Reklama
Reklama

– Środki utrzymywane na rachunkach bieżących można utożsamiać z pieniędzmi na wydatki. Z powodu niskich stóp procentowych na tych rachunkach znalazły się też oszczędności, których gospodarstwa domowe wydawać nie zamierzały. Teraz przesuwane są właśnie te dodatkowe środki – ocenia Piotr Kalisz.

W tym świetle spadek M1 nie świadczy o tym, że w gospodarce maleje ilość pieniądza, który mógłby zasilać bieżący popyt. Dobrze ilustruje to właśnie zjawisko nadpłacania kredytów, które nasili się jeszcze w związku z wakacjami kredytowymi. Można je postrzegać jako przejaw dobrej kondycji finansowej gospodarstw domowych.

Dodatkowo, jak zauważa Urszula Kryńska, zwiększyła się prędkość obiegu pieniądza. – Można to wiązać z redystrybucją w kierunku osób słabiej zarabiających, które wydają zdecydowaną większość swoich dochodów. Przenoszenie „niepracujących” oszczędności z ROR-ów na lokatę lub spłacanie kredytów dotyczy raczej lepiej zarabiających konsumentów i nie ma tak dużego wpływu na aktywność w gospodarce – tłumaczy ekonomistka.

Rząd podsuwa tarcze

To, że gospodarstwa domowe mają spore oszczędności, pozwala oczekiwać, że w razie mocnego pogorszenia sytuacji dochodowej będą je wykorzystywały do tzw. wygładzania konsumpcji. – Nie jest tak, że środki na lokatach są nie do ruszenia. Ich stopień płynności jest tylko nieco niższy niż depozytów bieżących – przyznaje Arkadiusz Balcerowski, ekonomista z mBanku. Depozyty terminowe o zapadalności do dwóch lat zalicza się zresztą do szerokiej miary podaży pieniądza, tzw. agregatu M3. Jego wartość wciąż rośnie, choć tylko w ujęciu nominalnym, i coraz wolniej (w lipcu o 6,2 proc. rok do roku).

Żadnego ostrego tąpnięcia siły nabywczej dochodów gospodarstw domowych ekonomiści jednak nie oczekują. – W warunkach mocnego wzrostu stóp procentowych, wysokiej inflacji i pogorszenia nastrojów konsumentów spadek konsumpcji nie byłby zaskakujący. Ale jak dotąd spadek siły nabywczej dochodów gospodarstw domowych nie był duży – mówi Piotr Kalisz.

W gospodarce płace już w II kwartale nie dotrzymywały kroku inflacji, co oznacza, że w ujęciu realnym malały, ale gospodarstwa domowe mogły i mogą nadal liczyć na wsparcie państwa (obniżka PIT w ramach Polskiego Ładu, dodatki dla emerytów, dopłaty do źródeł opału, wakacje kredytowe itp.). Ekonomiści są zgodni co do tego, że przed zaplanowanymi na 2023 r. wyborami parlamentarnymi trudno oczekiwać, że rząd zrezygnuje z tej hojności.

Gospodarka
Miliardy Kremla utopione w Wenezueli. Ile straciła Rosja na upadku Maduro
Gospodarka
Piotr Bujak, główny ekonomista PKO BP: Jeszcze zdrowszy i stabilniejszy wzrost
Gospodarka
Polak z większym dochodem w 2026 roku niż Hiszpan
Gospodarka
Ranking gospodarek: Indie przeskoczą Japonię. Chcą przeskoczyć Niemcy
Gospodarka
Minister finansów Litwy: Nadchodzi huragan, a my jesteśmy w oku cyklonu
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama