Początek środowej sesji na warszawskim parkiecie przyniósł spadek WIG20 o 2 proc. do poniżej 2300 pkt. Zaczęliśmy tak słabo, bo udzieliły nam się nastroje z Wall Street. We wtorek bowiem indeksy S&P500 i Nasdaq Composite zanurkowały o ponad 3 proc., w reakcji na spadek rentowności 5-latek poniżej rentowności 2-latek oraz niepewność co do autentyczności chińsko-amerykańskiego rozejmu. Poranek był naprawdę kiepski i zapewne wielu inwestorom przeszło przez myśl, że zamiast rajdu św. Mikołaja będziemy mieć defekt grudnia. WIG20 nie oddał jednak poziomu 2300 pkt i szybko ruszył na północ. Pomogło mu w tym kilka czynników, zarówno fundamentalnych, jak i technicznych. Jeśli chodzi o te pierwsze to mam na myśli wzrost indeksów zagranicznych w tym DAXa, a także lepsze od prognoz odczyty PMI dla usług we Włoszech, Francji i strefie euro. W kwestiach technicznych bykom sprzyjało silne wsparcie na poziomi 2300 pkt, które wyznaczone jest przez ostatnie lokalne szczyty. Warto dodać, że bariera ta została w środę książkowo obroniona – dzienna świeca ma długi, dolny cień, potwierdzający zaangażowanie strony popytowej. Systematyczne odrabianie porannych strat trwało przez cało sesję, a zwieńczeniem tej pracy było wyjście na plus. Ostatecznie WIG20 zyskał bowiem w środę 0,4 proc. i zakończył dzień na poziomie 2354 pkt. Warto zauważyć, że DAX nie zdołał tego zrobić, a nasz wskaźnik blue chips należał do najsilniejszych na giełdowej mapie Starego Kontynentu. Wygląda na to, że nie należy zbyt wcześnie przekreślać szans na rajd św. Mikołaja. Choć wiele zależeć będzie oczywiście do rozwoju sytuacji za oceanem. W środę Wall Street było nieczynne, co troszkę ułatwiło zadanie naszym bykom.