W bulwersującym „Głodzie" opowiedział pan o bojowniku IRA, który na znak protestu podjął głodówkę. Udręczone ciało pomogło mu pokonać strach i osiągnąć wolność. We „Wstydzie" jest odwrotnie: ciało staje się dla bohatera filmu więzieniem. Brandon jest samotny, wyalienowany, a jego sposobem na pokonanie pustki jest seks, który zamienia się w obsesję.
Steve McQueen: Zrobiłem film o chorobie naszych czasów. Znacznie groźniejszej niż HIV czy miażdżyca. O ludziach masowo produkowanych przez współczesne zachodnie społeczeństwa. Wierzących, że najwyższą wartością jest wolność. Sami jednak doprowadzili ją do absurdu. I wpadli przez to w pułapkę, z której trudno im się wyzwolić.
Skąd się wziął pomysł filmu?
Zaczęło się od spotkania z Abi Morgan. Ktoś z moich znajomych uznał, że powinniśmy się poznać. Znałem Abi jako dramaturga i scenarzystkę, więc chętnie się zgodziłem. Mieliśmy wypić kawę, chwilę pogadać. Przesiedzieliśmy w kawiarni trzy godziny. Rozmawialiśmy głównie o Internecie, pornografii i uzależnieniach od seksu. Postanowiliśmy razem zrobić dokumentację tego tematu, ale w Londynie trafiliśmy na mur nie do pokonania.
Dlaczego?
Do końca nie wiem. Ludzie, którzy leczyli się z różnego rodzaju uzależnień, zwłaszcza seksoholicy, nie chcieli się z nami spotykać. Myślę, że brali nas za przedstawicieli mediów i bali się, że brutalnie wykorzystamy ich historie. Europejczycy nie lubią się publicznie obnażać.
W Ameryce było łatwiej?
Absolutnie! To inna kultura. Bardzo nam pomogli psychiatrzy, bez żadnych oporów rozmawiali też z nami ich pacjenci. Odbyliśmy szczere sesje z siedmioma osobami. Brandon ze „Wstydu" ma w sobie coś z każdej z tych postaci.
Bohaterem filmu jest też Nowy Jork. A pamiętam, jak kiedyś zarzekał się pan, że nie chce robić obrazów amerykańskich.
Miałem na myśli Hollywood, gdzie pozbawiono by mnie kontroli nad własnym filmem, a po testach z publicznością zmuszono do zmiany zakończenia. A ja nie znoszę prostych happy endów. Ale „Wstyd" nie jest obrazem amerykańskim. On tylko dzieje się w Nowym Jorku. I nie mógłbym dla niego znaleźć lepszego miejsca.
W tym mieście bywał pan jako dziecko. Potem studiował pan tam reżyserię, a wreszcie miał wystawy jako artysta wizualny. Czy w czasie pracy nad filmem spojrzał pan na Nowy Jork inaczej? Czymś pana zaskoczył?
Tak. Nagle zauważyłem, że Manhattan jest miejscem zapędzonych singli. Łaziłem po ulicach i obserwowałem ich. Patrzyłem, jak w drodze do pracy wpadają do knajpy na śniadanie, sprawdzałem, w których klubach bawią się w czasie weekendu, gdzie robią zakupy i do jakich pralni oddają ubrania. Dopiero wtedy zdałem sobie także sprawę, że nowojorczycy często mieszkają i pracują w wieżowcach. Niemal w chmurach.
Gdyby kręcił pan w Europie, film byłby inny?
Brandon jest produktem nowoczesnego, coraz bardziej anonimowego społeczeństwa. Oczywiście amerykańskie metropolie wiodą w tej anonimowości prym. No i nigdzie indziej nie ma tak natrętnych reklam. Mówi się, że Amerykanie chorują na otyłość. Lekarze biją na alarm, a jednocześnie programy w telewizji przerywane są reklamami chipsów, nowych promocji u McDonalda, genialnych szybkich dań. Z seksem jest podobnie. Seks dobrze się sprzedaje, więc dlaczego tego nie wykorzystać? Z każdego billboardu atakuje cię półnaga dziewczyna, w klubach piwo podają roznegliżowane hostessy. W tym wszystkim ludzie stają się bezwolni, sami siebie usprawiedliwiają. Odnoszę te słowa także do siebie. Wiem, że powinienem zrzucić kilkanaście kilogramów, ale zaraz zamówię kawę z ciastkiem.
W Ameryce pana film dostał kategorię dystrybucyjną NC-17, co oznacza, że w kinach „Wstydu" nie może obejrzeć widz poniżej siedemnastego roku życia.
Co za hipokryzja! 40 lat temu Bernardo Bertolucci nakręcił „Ostatnie tango w Paryżu", które zostało uznane za ważny film artystyczny. Dzisiaj „Wstyd" jest cenzurowany tak, jakbym zrobił pornos, na którego oglądanie przez młodzież nie zgadzają się ciotki-dewotki.
Nie zniechęca to pana?
A skądże! Zamierzam nadal robić to, na co mam ochotę: nie iść na łatwiznę, prowokować. Przygotowuję film „Twelve Years a Slave" o niewolnictwie w Stanach Zjednoczonych. I zapewniam, że nie będzie to „Chata wuja Toma".
Steve McQueen, reżyser, scenarzysta
Urodzony w 1969 r. w Londynie. Studiował sztuki wizualne i reżyserię. Laureat Nagrody Turnera w sztukach plastycznych (1999). W 2008 r. nakręcił film „Głód", za który dostał Złotą Kamerę za najlepszy debiut na festiwalu w Cannes i tytuł Europejskiej Nadziei Roku. Jest komandorem Orderu Imperium Brytyjskiego.