Reklama

Rozmowa ze Stevem McQueenem, reżyserem Wstydu

Steve McQueen mówi o swoim filmie „Wstyd” i o wolności doprowadzonej do absurdu. Z reżyserem rozmawia Barbara Hollender

Aktualizacja: 22.02.2012 07:24 Publikacja: 22.02.2012 07:12

Brandon (Michael Fassbender) pociąga kobiety, ale nie szuka trwałych związków ani relacji. „Wstyd“ o

Brandon (Michael Fassbender) pociąga kobiety, ale nie szuka trwałych związków ani relacji. „Wstyd“ od piątku w kinach

Foto: Gutek Film

W bulwersującym „Głodzie" opowiedział pan o bojowniku IRA, który na znak protestu podjął głodówkę. Udręczone ciało pomogło mu pokonać strach i osiągnąć wolność. We „Wstydzie" jest odwrotnie: ciało staje się dla bohatera filmu więzieniem. Brandon jest samotny, wyalienowany, a jego sposobem na pokonanie pustki jest seks, który zamienia się w obsesję.

Czytaj recenzję filmu


Steve McQueen: Zrobiłem film o chorobie naszych czasów. Znacznie groźniejszej niż HIV czy miażdżyca. O ludziach masowo produkowanych przez współczesne zachodnie społeczeństwa. Wierzących, że najwyższą wartością jest wolność. Sami jednak doprowadzili ją do absurdu. I wpadli przez to w pułapkę, z której trudno im się wyzwolić.

Reklama
Reklama

Zobacz fotosy z filmu

Skąd się wziął pomysł filmu?

Zaczęło się od spotkania z Abi Morgan. Ktoś z moich znajomych uznał, że powinniśmy się poznać. Znałem Abi jako dramaturga i scenarzystkę, więc chętnie się zgodziłem. Mieliśmy wypić kawę, chwilę pogadać. Przesiedzieliśmy w kawiarni trzy godziny. Rozmawialiśmy głównie o Internecie, pornografii i uzależnieniach od seksu. Postanowiliśmy razem zrobić dokumentację tego tematu, ale w Londynie trafiliśmy na mur nie do pokonania.

Dlaczego?

Reklama
Reklama

Do końca nie wiem. Ludzie, którzy leczyli się z różnego rodzaju uzależnień, zwłaszcza seksoholicy, nie chcieli się z nami spotykać. Myślę, że brali nas za przedstawicieli mediów i bali się, że brutalnie wykorzystamy ich historie. Europejczycy nie lubią się publicznie obnażać.

W Ameryce było łatwiej?

Absolutnie! To inna kultura. Bardzo nam pomogli psychiatrzy, bez żadnych oporów rozmawiali też z nami ich pacjenci. Odbyliśmy szczere sesje z siedmioma osobami. Brandon ze „Wstydu" ma w sobie coś z każdej z tych postaci.

Bohaterem filmu jest też Nowy Jork. A pamiętam, jak kiedyś zarzekał się pan, że nie chce robić obrazów amerykańskich.

Reklama
Reklama

Miałem na myśli Hollywood, gdzie pozbawiono by mnie kontroli nad własnym filmem, a po testach z publicznością zmuszono do zmiany zakończenia. A ja nie znoszę prostych happy endów. Ale „Wstyd" nie jest obrazem amerykańskim. On tylko dzieje się w Nowym Jorku. I nie mógłbym dla niego znaleźć lepszego miejsca.

W tym mieście bywał pan jako dziecko. Potem studiował pan tam reżyserię, a wreszcie miał wystawy jako artysta wizualny. Czy w czasie pracy nad filmem spojrzał pan na Nowy Jork inaczej? Czymś pana zaskoczył?

Tak. Nagle zauważyłem, że Manhattan jest miejscem zapędzonych singli. Łaziłem po ulicach i obserwowałem ich. Patrzyłem, jak w drodze do pracy wpadają do knajpy na śniadanie, sprawdzałem, w których klubach bawią się w czasie weekendu, gdzie robią zakupy i do jakich pralni oddają ubrania. Dopiero wtedy zdałem sobie także sprawę, że nowojorczycy często mieszkają i pracują w wieżowcach. Niemal w chmurach.

Reklama
Reklama

Gdyby kręcił pan w Europie, film byłby inny?

Brandon jest produktem nowoczesnego, coraz bardziej anonimowego społeczeństwa. Oczywiście amerykańskie metropolie wiodą w tej anonimowości prym. No i nigdzie indziej nie ma tak natrętnych reklam. Mówi się, że Amerykanie chorują na otyłość. Lekarze biją na alarm, a jednocześnie programy w telewizji przerywane są reklamami chipsów, nowych promocji u McDonalda, genialnych szybkich dań. Z seksem jest podobnie. Seks dobrze się sprzedaje, więc dlaczego tego nie wykorzystać? Z każdego billboardu atakuje cię półnaga dziewczyna, w klubach piwo podają roznegliżowane hostessy. W tym wszystkim ludzie stają się bezwolni, sami siebie usprawiedliwiają. Odnoszę te słowa także do siebie. Wiem, że powinienem zrzucić kilkanaście kilogramów, ale zaraz zamówię kawę z ciastkiem.

W Ameryce pana film dostał kategorię dystrybucyjną NC-17, co oznacza, że w kinach „Wstydu" nie może obejrzeć widz poniżej siedemnastego roku życia.

Co za hipokryzja! 40 lat temu Bernardo Bertolucci nakręcił „Ostatnie tango w Paryżu", które zostało uznane za ważny film artystyczny. Dzisiaj „Wstyd" jest cenzurowany tak, jakbym zrobił pornos, na którego oglądanie przez młodzież nie zgadzają się ciotki-dewotki.

Reklama
Reklama

Nie zniechęca to pana?

A skądże! Zamierzam nadal robić to, na co mam ochotę: nie iść na łatwiznę, prowokować. Przygotowuję film „Twelve Years a Slave" o niewolnictwie w Stanach Zjednoczonych. I zapewniam, że nie będzie to „Chata wuja Toma".

Steve McQueen, reżyser, scenarzysta

Urodzony w 1969 r. w Londynie. Studiował sztuki wizualne i reżyserię. Laureat Nagrody Turnera w sztukach plastycznych (1999). W 2008 r. nakręcił film „Głód", za który dostał Złotą Kamerę za najlepszy debiut na festiwalu w Cannes i tytuł Europejskiej Nadziei Roku. Jest komandorem Orderu Imperium Brytyjskiego.

Film
Nie żyje Eric Dane, gwiazdor serialu „Chirurdzy”. Miał 53 lata
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Film
Nie żyje Robert Duvall, consigliere z „Ojca chrzestnego”
Film
Nie żyje Frederick Wiseman, wybitny dokumentalista
Film
Nie żyje Jerzy Słonka. U Barei reprezentował brygadę młodzieżową, sprawdzał „ledykimację”
Materiał Promocyjny
Presja dorastania i kryzys samooceny. Dlaczego nastolatki potrzebują realnego wsparcia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama