Werdykt jury obradującego pod przewodnictwem Krzysztofa Zanussiego okazał się niezwykle trafny, nie „układowy”, nowoczesny. Wyłowił z konkursu filmy najciekawsze, często niełatwe. Wielkie brawa.

Złote Lwy trafiły w ręce Macieja Sobieszczańskiego i producentów jego filmu „Przez ścianę” – Zbigniewa Domagalskiego i Agnieszki Będkowskiej.

Czytaj więcej

Gdynia'26: Nowy film Holoubka oraz biografie Villas i Kuronia powalczą o Złote Lwy

Złote Lwy dla filmu „Przez ścianę”

– W naszej kulturze często mówi się, że miłość jest niemożliwa, a ten film dowodzi, że jest możliwa. Nawet w niemożliwych okolicznościach. A miłość pozwala skonfrontować się z przemijaniem – powiedział Krzysztof Zanussi, przewodniczący jury, wręczając razem z ministrą kultury Martą Cienkowską główną gdyńską nagrodę.

„Przez ścianę” oparty jest na autentycznej historii. Czasy stalinowskie. Wiesława Pajdak została aresztowana pod zarzutem udziału w konspiracji. Jerzego Śmiechowskiego czeka proces: zorganizował akcję przerzutu do Szwecji ostatniego delegata rządu RP na kraj, posła opozycyjnego wówczas wobec władzy ludowej PSL-u. W stalinowskim więzieniu przy Rakowieckiej siedzą w sąsiednich celach. Zaczynają się porozumiewać alfabetem Morse’a. Nie znają rysów swoich twarzy ani dotyku rąk, a jednak stają się sobie bliscy. Może to właśnie pomaga im przetrwać.

Sobieszczański opowiada o ludziach, którzy nawet w sytuacjach ostatecznych nie załamią się, nie pójdą na współpracę z reżimem, nie podpiszą zobowiązania, jakie zwróciłoby im wolność. Opowiada o terrorze i poczuciu siły. Ale też o niezłomności, która pozwala oprzeć się przemocy. O nadziei i ogromnej mocy miłości. Nawet tej miłości, która jest jeszcze tylko obietnicą. 

Maciej Sobieszczański

Maciej Sobieszczański

Foto: PAP/Adam Warżawa

– Robiąc ten film zadaliśmy sobie podstawowe pytanie, co nam daje nadzieję. I znaleźliśmy odpowiedź, choć szukaliśmy jej w niekonwencjonalny sposób i w niekonwencjonalnym miejscu. Tę nadzieję daje naszym bohaterom miłość. Do takiej miłości potrzebne jest ogromne zaufanie – mówił reżyser, odbierając Złote Lwy.

„Przez ścianę” – film czarno-biały, w większości opowiadany przez zbliżenia: twarzy, rąk, palców wystukujących alfabet Morse’a – robi ogromne wrażenie. Nagrodzona za zdjęcia Jolanta Dylewska potrafi wydobyć z mroku detale i uczucia. Udowodniła to m.in. w „W ciemności” Agnieszki Holland.

Przed galą i Złotymi Lwami film Sobieszczańskiego dostał cztery nagrody pozaregulaminowe: dziennikarzy, kin studyjnych, Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych oraz festiwali i przeglądów filmu polskiego za granicą. Ogromnie żal tylko, że jury nie uhonorowało nagrodą aktorską grającej główną rolę Marii Dębskiej, która trzyma całą tę historię. Takie kreacje nie rodzą się na kamieniu. Kamera zagląda aktorce w oczy, łapie chwile załamań, bólu, nadziei.

Czytaj więcej

Sandra Drzymalska po roli w „Lalce" wspaniała jako Violetta Villas

„Powiedz mi, co czujesz” Łukasza Rondudy ze Srebrnymi Lwami

Świetną, odważną decyzją okazało się przyznanie Srebrnych Lwów „Powiedz mi, co czujesz” Łukasza Rondudy. Współlaureat (razem z Łukaszem Guttem) Złotych Lwów sprzed pięciu lat za „Wszystkie nasze strachy” o Danielu Rycharskim, teraz pokazał film, w którym pierwowzorem bohatera też jest artysta – Patryk Różycki.  

– Jestem zaskoczony i szczęśliwy. W tym filmie chcieliśmy opowiedzieć o młodych ludziach, którzy pochodzą z bardzo trudnych miejsc i dla których rzeczywistość jest bardzo brutalna. Chcieliśmy pokazać, jak oni na nią odpowiadają. I dać im jakieś wsparcie – mówił na scenie Łukasz Ronduda.

W jego filmie młodzi ludzie przeciwstawiają twardej rzeczywistości swoją wrażliwość, swoją mądrość. Bohater ma za sobą twarde życie na wsi, trudne relacje z dość prostymi rodzicami, którzy stracili córkę, siostrę bliźniaczkę Patryka i nigdy się z tym nie pogodzili.

Nagrodzeni Srebrnymi Lwami za film „Powiedz mi co czujesz” reżyser Łukasz Ronduda i producentka Nata

Nagrodzeni Srebrnymi Lwami za film „Powiedz mi co czujesz” reżyser Łukasz Ronduda i producentka Natalia Grzegorzek

Foto: PAP/Adam Warżawa

Ale nie jest łatwo wejść w nowe życie, w związek nawet ze wspaniałą drugą osobą, gdy ludzie noszą w sobie traumy, wspomnienia dzieciństwa w biedzie, alkoholizm ojca, w atmosferze odartej z czułości. Może uda się to wszystko „przerobić” w sobie dzięki sztuce? Albo drugiej osobie, choć ona też przecież ma swój ból? Czy można spodziewać się tutaj tradycyjnego happy endu? Ale może jakieś oczyszczenie i pogodzenie ze światem będzie już krokiem do przodu? Do pogodzenia się z samym sobą?

Myślę, że to bardzo ważny film dla młodego pokolenia i Srebrne Lwy dla „Powiedz mi, co czujesz” mają duże znaczenie. Nagrodę za najlepszy debiut aktorski dostał grający główną rolę Jan Sałasiński.

Swojego miejsca w życiu szukają też bohaterki „Exotic” Sonji Orlewicz-Zakrzewskiej – dziewczyny, które pochodzą z bardzo różnych światów, ale szukają siebie na kursach pole dance – tańca na rurze. Dla jednych jest to sposób na odblokowanie się, na znalezienie swojego miejsca w życiu, dla innych element kariery w świecie rozrywki. Wszystkie spotykają się właśnie na kursie pole dance, a film przyniósł nagrody dwóm aktorkom – Jaśminie Polak i Monice Frajczyk.

Czytaj więcej

„Lalka” trzecim najchętniej oglądanym nieanglojęzycznym serialem Netfliksa na świecie

„Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego

Mocno zaistniał na festiwalu nasz „towar eksportowy”, jakim jest w ostatnich latach twórczość Pawła Pawlikowskiego. Jego „Ojczyzna” o pierwszej powojennej podróży do Niemiec żyjącego w Stanach Tomasza Manna, kilka dni przed gdyńskim festiwalem została polskim kandydatem do Oscara w kategorii filmu zagranicznego. Wcześniej już podbiła Cannes, gdzie Pawlikowski dostał (po raz drugi) nagrodę za reżyserię. W Gdyni odebrał taką samą statuetkę.

Jury uhonorowało też Agnieszkę Smoczyńską, która podobnie jak Pawlikowski, zadomowiła się świetnie w zachodniej kinematografii. Jej ostatni film „Hot Spot” ktoś nazwał „rozpędzonym pociągiem emocji”. To historia z przyszłości (czy bardzo odległej?), w której światem rządzi Głowa – sztuczna inteligencja. I trzeba się jej podporządkować. Ludzie codziennie zażywają tabletki umożliwiające im funkcjonowanie w tym świecie, porozumiewają się nie w sposób tradycyjny, lecz uruchamiając połączenia w mózgu, które pozwalają im słyszeć myśli i słowa innych. Poza tym całkowicie są od Głowy zależni.

Paweł Pawlikowski

Paweł Pawlikowski

Foto: PAP/Adam Warżawa

Główny bohater filmu jest detektywem, który ma wyjaśnić sprawę zabójstwa. Trafia do środowiska, które wymknęło się ze świata zaprojektowanego przez Głowę. Ten film wzbudził bardzo różne reakcje. Ale warto się w niego zagłębić. Agnieszka Smoczyńska opowiada o naszych lękach, o zagrożeniach, bezwzględności reżimów. Ale też o buncie i nadziei. A jest artystką o nieprawdopodobnej wręcz wyobraźni. Jej dystopijny „Hot Spot” zebrał nagrody za muzykę, dźwięk, kostiumy. Ona sama została laureatką Złotego Pazura Andrzeja Żuławskiego, przyznawanego za odwagę i bezkompromisowość w sztuce.

Jan Komasa i jego „Dobry chłopiec”

Kolejnym twórcą, który ma już dzisiaj bardzo poważną pozycję w świecie, jest Jan Komasa. Jego „Dobry chłopiec” – opowieść o dojrzewaniu, wychowaniu, o relacjach władzy i o kontroli innego człowieka – przyniósł mu nagrodę publiczności, ale też został uhonorowany nagrodami za scenariusz, montaż i pierwszoplanową rolę męską.

Może trochę żal trzech tytułów. Trudny, pewnie nie do końca spełniony, ale interesujący jest ostatni film Jana Holoubka „Dziki dziki wschód”. Nie doceniło też jury filmów, których bohaterowie zakorzenieni są w czasach PRL-u: „Nasza rewolucja” Piotra Domalewskiego o Jacku i Gajce Kuroniach oraz „Violetta Villas” Karoliny Bielawskiej. Ale te tytuły znajdą zapewne swoją dużą widownię w kinach.

Laureatka Złotego Pazura za film „Hot spot” Agnieszka Smoczyńska

Laureatka Złotego Pazura za film „Hot spot” Agnieszka Smoczyńska

Foto: PAP/Adam Warżawa

A na koniec jeszcze tylko trochę dziegciu. W dwóch konkursach festiwalowych było aż 13 debiutów. Zostały dostrzeżone: „Fluidy” Marii Wider, „Czarna godzina” Filipa Bojarskiego, „Kobieta stanu wolnego” Elizy Godlewskiej i Alana Ruczyńskiego. Niestety, większości debiutantów bardzo by się przydałaby się artystyczna opieka, której teraz na ogół brakuje, a którą powinni mieć. Ci młodzi artyści są przecież przyszłością naszego kina.