Scenariusz zrealizowany przez Jana Holoubka („25 lat niewinności”, „Rojst", „Heweliusz"), a napisany przez Aleksandrę Takuską, powstał kilkanaście lat temu. Reżyser przyznaje, że już wówczas był nim zainteresowany. Ale wiele lat trwało szukanie producenta i zbieranie środków na produkcję filmu.
Holoubek opowiada o skomplikowanych wojennych losach na wschodzie Polski. Jest rok 1943. Do małego miasteczka, z którego Niemcy wywieźli wszystkich Żydów, przyjeżdża Martin Wolff – mężczyzna podający się za państwowego urzędnika. Ma wyjaśnić tajemnicę zniknięcia prawnika, który prowadził wiele żydowskich spraw. Krążą plotki, że znał on miejsce ukrycia poważnych ilości złota.
„Dziki, dziki wschód” – świat pogrążony w traumie
Samym Wolffem z kolei zaczynają interesować się stacjonujący w miasteczku Niemcy. Bo kim on naprawdę jest? Holoubek jego tajemnicę zdradzi dopiero pod koniec filmu. Ale w tym filmie każdy z bohaterów jest znaczącą postacią. Od miejscowego administratora przez małżeństwo zagnieżdżone w pożydowskim mieszkaniu i oficerów SS aż do chłopaka, który w miejscowej karczmie rysuje komiks o Holokauście.
Pierwsi zagraniczni recenzenci, którzy obejrzeli film na festiwalu w Toronto, określają go jako połączenie kina noir z westernem. Bo oto przybysz nie bardzo wiadomo, skąd staje się w miasteczku ważnym graczem, tajemniczym indywiduum, które stara się zgłębić sekrety skrywane przez ludzi. Ale może najważniejsze jest to, że te sekrety ma tu każdy. Wojna ujawniła w ludziach najgorsze instynkty.
Gdy zniknęli Żydzi – sąsiedzi, którzy przez lata byli częścią społeczności – zaczęło się polowanie na to, co po nich zostało. Tu nie ma sprawiedliwych. W prowincjonalnym miasteczku na krańcu świata, w polsko-żydowsko-ukraińsko-niemieckim tyglu każdy ma swoje ukrywane interesy. I może okazać się kimś innym niż się wydaje.
Dopiero na końcu Holoubek we wstrząsającym finale pokaże tragedię, która się za tym zagmatwanym światem kryje. Znalazł wyjątkowego aktora. Itay Tiran wniósł na ekran tajemnicę, niepokój kryjący się pod wystudiowanym, wyuczonym spokojem człowieka, który chcąc przeżyć, odciął się od swojego świata. Interesujące role tworzą Robert Więckiewicz jako miejscowy administrator pożydowskiego majątku czy grający małżeństwo Piotr Trojan i Joanna Kulig.
Violetta Villas w roli głównej
Karolina Bielawska, autorka znakomitych dokumentów „Warszawa do wzięcia” i „Mów mi Marianna”, o fabularny debiut, którego bohaterką miała być Violetta Villas, walczyła wiele lat. I warto było.
Czesława Gospodarek była prostą dziewczyną ze wsi, która w siermiężnych czasach PRL-u, dzięki niebywałemu wręcz głosowi stała się gwiazdą. Najpierw, po wygraniu konkursów dla amatorów, nagrywała dla polskiej telewizji. W połowie lat 60. XX wieku trafiła do Paryża, a wreszcie do Las Vegas.
Jako Violetta Villas zadziwiała mocą swojego głosu. Jej kariera przez lata to wybuchała, to cichła. Villas wydała kilka płyt, wracała z koncertami do Paryża, dawała recitale w Polsce. Ale coraz bardziej zagłębiała się w chorobę psychiczną, trafiała do szpitala, nie była w stanie normalnie funkcjonować.
Na kanwie jej życia mógł powstać mocny film o cenie za talent, o szantażu i nakłanianiu artystki do współpracy przez komunistyczną Służbę Bezpieczeństwa, o ludziach, którzy naiwną kobietę wykorzystywali. I to wszystko w filmie Karoliny Bielawskiej jest. Ale w tle. Reżyserka zdecydowała się bowiem przede wszystkim opowiedzieć o relacji, jaką Villas miała ze swoim synem. Całe życie Violetty autorzy filmu opowiedzą przez pryzmat relacji dziecka i matki.
Czasem pełnych czułości, czasem bardzo bolesnych. Zawsze ważnych. W tle odbija się świat: PRL ze swoimi agentami nakłaniającymi piosenkarkę do współpracy, mężczyźni i to, co zadecydowało o losie syna i matki – coraz mocniejsze lęki artystki, jej popadanie w obłęd.
Bielawska niezwykle sprawnie film zrealizowała, a grająca Villas Sandra Drzymalska jest absolutnie wspaniała. Rzadko zdarza się aktorka, która tak potrafi przyciągać uwagę widza, niezależnie od tego, czy gra artystkę, czy Izabelę Łęcką, czy wcześniej Simonę Kossak albo jedną z bohaterek „Sexify”.
Kuroń i Gajka – miłość w trudnych czasach
Druga prezentowana w konkursie o Złotego Lwa w Gdyni biografia to zrealizowana przez Piotra Domalewskiego „Nasza rewolucja”. Domalewski zastosował podobną metodę jak Bielawska. Opowiedział o życiu, małżeństwie, wielkiej miłości Jacka Kuronia i jego żony Gajki, a w ich losach i w podejmowanych przez nich decyzjach jest opowieść o Polsce.
Twórcy filmu skupili się na ciekawym czasie końca lat 70. i początku lat 80. XX wieku. Komitet Obrony Robotników, Solidarność, Wałęsa stojący na czele strajku w stoczni, stan wojenny i internowania opozycjonistów, zarzuty i więzienie dla Kuronia – wszystko w „Naszej rewolucji” jest. Ale widziane oczami kochającego się małżeństwa, nabiera bardzo ludzkiego wymiaru.
Za naszą wolnością, która przyszła w 1989 r., kryją się trudne losy tych, którzy kiedyś byli w stanie poświęcić dla niej bardzo wiele. Jak Gaja, która, ciężko chora, nie zdecydowała się na leczenie za granicą, bo wiedziała, że jej mąż potrzebny jest Polsce – w cierpiącym kraju, przez stan wojenny pozbawianym nadziei.
To piękna opowieść, wzruszająca także dzięki świetnym kreacjom Arkadiusza Jakubika i Magdaleny Popławskiej.
I mam wrażenie, że historia PRL-u pokazana tak, jak w „Violetcie Villas” i „Naszej rewolucji”, może trafić do młodych widzów, którzy o tamtym dramatycznym czasie sprzed pół wieku wiedzą bardzo mało. Próbować trzeba, zwłaszcza że historia lubi się niebezpiecznie powtarzać.