Organizatorzy festiwalu w Wenecji od pierwszych dni przypominają, czym może być kino: intelektualną rozmową, próbą spojrzenia na kondycję świata.
W ubiegłym roku zaraz w pierwszym dniu zachwycił widzów Paolo Sorrentino opowieścią „La Grazia” o fikcyjnym, mądrym prezydencie Włoch. To była polityczna utopia, ale jakże piękna. W tym roku takiej nadziei już na ekranie nie ma, a problemy władzy na najwyższym szczeblu są inne. W pokazywanym w sekcji Perspektywy filmie „Jupiter” Alexandre’a Smii prezydent, tym razem Francji, musi podjąć najtrudniejszą decyzję. Trwa wojna w Ukrainie. Rosja grozi atakiem nuklearnym. Jak ma odpowiedzieć Europa? NATO? Świat? Jakkolwiek by nie wyglądały rozmowy, we Francji jedyną osobą, która ma prawo uruchomić przycisk broni jądrowej jest prezydent.
– Kiedy zaczynałem pisać scenariusz „Jupitera” miał to być film dystopijny. Dzisiaj nie ma już mowy o dystopii. Zagrożenie wojną jądrową jest przerażająco realne – opowiadał mi Alexandre Smia.
Czytaj więcej
Wśród 21 filmów walczących na tegorocznym festiwalu o Złotego Lwa kobiety firmują tylko dwa z nich, więc przewodnicząca weneckiego jury Maggie Gyll...
Media bez znieczulenia
Reżyserzy wracają też dzisiaj do pytań o rolę mediów. Organizatorzy otworzyli tegoroczny festiwal obrazem Danny’ego Boyle’a „Ink”. Jego bohaterem jest Rupert Murdoch, który w 1969 r. kupił dziennik „The Sun” i razem z Larry’m Lambem postanowił zrobić z niego najbardziej poczytne pismo brytyjskie. Tyle, że „The Sun” sprzedawał się wówczas w 600 tys. egzemplarzy i szedł w dół, zaś „Daily Mirror” rozchodził się w 2,5 mln. egzemplarzy.
Murdoch i Lamb razem wymyślają pismo, jakiego dotąd nie było: pełne plotek o celebrytach, relacji sportowych, doniesień o zbrodniach, a wreszcie zdjęć roznegliżowanych dziewczyn. Odwołują się do najniższych gustów czytelników, ale też zaczynają dostrzegać taki obszar życia, który poważna prasa dotąd lekceważyła. Bardzo szybko „The Sun” staje się najczęściej kupowaną gazetą w Wielkiej Brytanii. To początek trwającej do dziś ery tabloidów. Zapowiedź drogi, jaką – po nowych wynalazkach, rozwoju techniki i komunikacji – wkrótce podąży świat.
– Spotkanie Murdocha i Lamba wywarło na nasz świat większy wpływ niż inne wydarzenie 1969 r., jakim było lądowanie na Księżycu – mówi reżyser Danny Boyle.
I proponuje film–petardę. Szybki montaż, nietypowe kąty kamery, wspomnienia wracające na sekundy. Fantastyczne sceny rekrutacji nowych pracowników, szukania tematów: od plotek i sensacji do panienek topless. Coraz większy zanik jakichkolwiek oporów. Lamb jest gotów wykorzystać nawet tragedie bliskich współpracowników. Murdoch ma jeszcze jakieś wątpliwości, ale co one znaczą, gdy wykres na ścianie podskakuje do 5 mln. sprzedanych egzemplarzy.
„Primetime” – dziennikarska prowokacja
O mediach opowiada też w swojej pierwszej fabule 30-letni dokumentalista Lance Oppenheim. Akcja jego „Primetime”, podobnie jak „Ink”, opiera się na prawdziwych wydarzeniach. W połowie lat dziesiątych XXI wieku znany dziennikarz Chris Hansen przygotowywał program telewizyjny „To Catch a Predator”. To był rodzaj prowokacji. Na żywo, w trakcie programu, policja łapała pedofili, umawiających się w Internecie na seks z nieletnimi.
Jedna z takich akcji zakończyła się tragedią. Podejrzany o pedofilię i namierzony przez ekipę Hansena mężczyzna, zresztą prokurator okręgowy, popełnił samobójstwo. Inspiracją do nakręcenia filmu stał się artykuł o tym zdarzeniu opublikowany w 2007 r. w „Esquire”. Oppenheim bardzo sprawnie wyreżyserował „Primetime”, a jego film bardziej niż na sensacji i nawet bolesnym problemie pedofilii skupia się na ważnym dziś pytaniu, czy z tragicznych wydarzeń wolno zrobić rozrywkę i sensację dla milionów. Co jest ważniejsze: prawda i działania prewencyjne czy sam spektakl i jego oglądalność?
McDonagh znów wyśmienity
Na początku festiwalu pojawił się również w konkursie film, który – jak się wydaje – będzie jednym z najważniejszych tytułów tego konkursu. Po sukcesach „Trzech billboardów za Ebbing, Missouri” w 2017 r. i „Duchy Inisherin” w 2022 r., teraz Martin McDonagh wraca na Lido z filmem „Dziki Koń Dziewięć”. Jego akcja toczy się na Wyspie Wielkanocnej, gdzie trafiają dwaj agenci CIA. Tym razem jednak, choć już jest przygotowywany przewrót w Chile i objęcie władzy przez Pinocheta, ich podróż na Rapa Nui nie wiąże się z działalnością wywiadowczą.
Starszy z agentów, genialnie zagrany przez Johna Malkovicha, przeżarty przez ciężką chorobę, ma już przed sobą niewiele życia. Chce odejść na własnych warunkach, popełnić samobójstwo. A raczej je sfingować, bo o pomoc prosi swojego młodszego, zawodowego partnera z CIA – Lee (w tej roli Sam Rockwell). Ale wszystko odbywa się pod kontrolą Agencji. Powód do niepokoju? Popadający już w demencję, ale wciąż w miarę przytomny Chris nagrywa własne wspomnienia z akcji, w jakich brał udział. A było ich rozrzuconych po świecie niemało. Dowództwu CIA chodzi o zniszczenie jego relacji, zwłaszcza tych z Dallas. Lee ma przejąć taśmy, jest w stałym kontakcie z szefem CIA.
Film Martina McDonagha poraża. Brytyjczyk pokazuje siatkę agentów, która oplata świat. Nawet na leżącej z dala od politycznych centrów Wyspie Wielkanocnej nigdy nie wiadomo, kto jest turystą, a kto funkcjonariuszem CIA. amerykańskie służby wywiadowcze kontrolują sytuację polityczną w Chile. Z ekranu aż wylewa się cynizm i polityczny despotyzm. Ale twórca „Duchów Inisherin” nie byłby sobą, gdyby na tym tle nie zbudował opowieści o uwikłanych w polityczne układy ludziach. Na dodatek z charakterystycznym dla niego ogromnym poczuciem humoru. Zdystansowane, wypowiadane spokojnym, lekko znudzonym tonem uwagi wypowiadane przez Malkovicha wywołują na sali salwy śmiechu. Krytycy nie mają wątpliwości, że rola starego agenta CIA może mu przynieść trzecią nominację do Oscara, a może nawet statuetkę, której nigdy dotąd nie dostał.
Czytaj więcej
Prestiżowa wenecka nagroda za całokształt twórczości trafiła do gwiazdora i reżysera George'a Clooneya, a jego przyjaciel Brad Pitt napisał z tej o...
„Dziki Koń Dziewięć” zrobił na Lido duże wrażenie. Poprzednie filmy – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” i „Duchy Inisherin” – przyniosły Martinowi McDonaghowi nagrody za scenariusz. Nie jest wykluczone, że w tym roku jego „lwi” dorobek się powiększy. Znów bowiem Brytyjczyk udowodnił, że potrafi w nieoczywisty, pełen wrażliwości sposób patrzeć na świat i ludzi.