„Bomba w Wenecji” – taki tytuł wymyśliliby zapewne dla tego tekstu bohaterowie „Ink”. Danny Boyle zrobił film o Rupercie Murdochu i Larrym Lambie, o początkach wielkiej kariery bulwarówki „The Sun” i o początkach dzisiejszego świata. Ale „Ink” to naprawdę bomba. Po prostu świetne kino.

Reklama
Reklama

Spotkanie Murdocka i Lamba wywarło na nasz świat większy wpływ niż lądowanie na księżycu

Danny Boyle, reżyser

Jest rok 1969. Świat wstrzymuje oddech, oglądając lądowanie na Księżycu. – To jest mały krok człowieka, ale wielki ludzkości – mówi astronauta Louis Armstrong.

W tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych młody, pochodzący z Australii przedsiębiorca Rupert Murdoch przejmuje upadające pismo „The Sun”. W pierwszych scenach filmu widzimy, jak przekonuje Larry’ego Lamba, by objął stanowisko naczelnego redaktora. Chce razem z nim stworzyć nowy rodzaj gazety, pokonać najpopularniejszy wówczas w Wielkiej Brytanii dziennik „Daily Mirror”.  Ale „The Sun” sprzedaje „marne” 600 tys. egzemplarzy, a „Daily Mirror” – 2,5 mln. 

Lamb, który ma niejedno trudne wspomnienie z dzieciństwa, ale też z pracy w prasie, podejmuje wyzwanie. Razem wymyślają pismo, jakiego dotąd nie było: pełne plotek o celebrytach, relacji sportowych, doniesień o zbrodniach, wreszcie zdjęć roznegliżowanych dziewczyn. Uderzają w najniższe gusty czytelników, ale też zaczynają dostrzegać obszar życia, który poważna prasa zwykle lekceważyła. Bardzo szybko „The Sun” staje się najczęściej kupowaną gazetą w Wielkiej Brytanii. To początek trwającej do dziś ery tabloidów. Zapowiedź drogi, jaką wkrótce podąży świat.

– Spotkanie Murdocha i Lamba wywarło na nasz świat większy wpływ niż lądowanie na Księżycu – mówi reżyser Danny Boyle.  

W cieniu Murdocha

Choć w zapowiedziach „Ink” pojawiają się zdania o początku medialnej kariery Murdocha, tak naprawdę równoprawnym, a może nawet ważniejszym bohaterem filmu jest właśnie Lamb, który przyjechał do Londynu z południa i sam sobie coś chciał udowodnić. To on konsekwentnie buduje imperium prasowe, zdobywa tuzów dziennikarstwa, którzy jego propozycją przejścia do „szmatławca” są oburzeni, dopóki nie dostaną złożonej na dwie części kartki z wypisaną kwotą wynagrodzenia. Lamb konsekwentnie buduje zespół, któremu narzuca styl uprawiania dziennikarskiego zawodu. I po każdym sukcesie podchodzi do ściany gabinetu, coraz wyżej unosząc na wykresie sznurek pokazujący liczbę sprzedanych egzemplarzy. Z upływem czasu staje się coraz bardziej bezkompromisowy. Traci wszelkie opory. Gdy dla okupu zostaje porwana żona zastępcy Murdocha, „The Sun” relacjonuje ten dramat jako sensację. Po jej tragicznej śmierci nawet Murdoch ma wątpliwości, czy nie posunęli się za daleko. Potem też zaprotestuje, gdy w „The Sun” ukażą się zdjęcia dziewczyn topless. Ale w tym dniu sprzedaż skacze do 5 mln egzemplarzy. Larry Lamb idzie jak czołg. 

„Ink” ma tym większą siłę, że reżyser wciąż przypomina, iż nie opowiada bajki. Na ekranie pojawiają się autentyczne postacie: od Gore Vidala zaczynając, na młodej Margaret Thatcher kończąc.

Od „The Sun” do Facebooka i Twittera

Danny Boyle, twórca m.in. „Trainspotting” i „Slumdog Millionaire”, w 2017 r. obejrzał w teatrze przedstawienie zatytułowane „Ink” o początkach wielkiej, medialnej kariery Murdocha. Sztuka odniosła ogromny sukces – w 2018 r. zdobyła cztery nominacje do nagrody Olivier, a potem, gdy trafiła na Broadway – jeszcze dwie nagrody Tony.

Reżyser od razu wiedział, że to wspaniały materiał na film. Jednak studia i finansiści nie byli do projektu przekonani. Produkcję udało się uruchomić dopiero 8 lat później. Graham napisał scenariusz, a Boyle stanął za kamerą. 

– Jakoś udało mu się zrobić z tego film Danny'ego Boyle'a, z całą charakterystyczną dla niego energią – mówi dziś Graham. – A jednocześnie naprawdę uhonorował duszę sztuki.

Rupert Murdoch i Larry Lamb stworzyli gazetę, która zmieniła świat

Danny Boyle, reżyser

Rzeczywiście powstało dzieło fascynujące. Boyle dał mu niebywałą energię, genialny, potwornie szybki montaż, niekonwencjonalne kąty kamery, wspomnienia wrzucane w kilkusekundowych, czasem, scenach. Ale przede wszystkim wykreował obraz, który nie jest historycznym zapisem sprzed ponad pół wieku. Sportretował początek świata, w jakim żyjemy. Powierzchownego, zanurzonego w reklamach, półprawdach i sensacji, pozbawionego refleksji. 

– Rupert Murdoch i Larry Lamb stworzyli gazetę, która zmieniła świat – przyznaje reżyser. – Na długo przed Fox News i clickbaitem, dekady przed Twitterem, Facebookiem, Googlem. Wymyślili tabloid, który stał się najlepiej sprzedającą się gazetą na świecie. Bo był bezczelny, śmiały i rzucił wyzwanie establishmentowi. Zaczął erę, w której wszyscy dziś żyjemy.

Murdocha gra Australijczyk Guy Pearce, który zdaniem Boyle'a dobrze rozumiał lekką pogardę, z jaką traktowano go początkowo na prasowej londyńskiej ulicy Fleet Street. Bardzo trudnej roli Lamba podjął się Jack O’Connell, który wystąpił w innym filmie reżysera „28 lat później”. 

– Wiedziałem, że on będzie w stanie zjednać sobie widzów, nawet wtedy, gdy jego bohater zacznie iść po trupach – mówi Boyle. I tak się rzeczywiście stało. 

Świetna jest również Claire Foy grająca jedyną kobietę, która w pewnym momencie mówi „nie” filozofii swoich szefów. I to „nie” też jest w filmie ogromnie ważne. Boyle przypomina, że są granice, których się przekraczać nie powinno.

Wspaniały początek festiwalu. A dalej też jest na co czekać.