W ubiegłym roku festiwal świętował pięćdziesięciolecie. Obecna edycja to otwarcie nowej ery?
Nie. Mam nadzieję, że to będzie naturalna, dobra kontynuacja, której powinno sobie życzyć każde wydarzenie kulturalne. Cieszę się, że ja też dostałam szansę współtworzenia tej imprezy przez następną, pięcioletnią kadencję.
No, właśnie, to druga pani kadencja jako dyrektorki artystycznej filmowego festiwalu w Gdyni. Czego nauczyła panią ta pierwsza, trzyletnia?
To było w praktyce dwa i pół roku. Dobry czas na wprowadzanie zmian, ale zbyt krótki, by móc porządnie podsumować ich efekty. Cieszę się więc, że możemy kontynuować to, co zaczęliśmy w ostatnich latach. Zwłaszcza że środowisko filmowe, widzowie i ja idziemy, jak widać, w tę samą stronę, o czym świadczą pozytywne opinie, a przecież nie zawsze łatwo jest wypracować taką wspólną drogę. Tymczasem projekty, na których mi zależało i które już wprowadziłam, dobrze się w programie festiwalu sprawdzają. Myślę choćby o drugim konkursie „Perspektywy”, ale też o sekcji dokumentu, która od pierwszego roku miała dobre recenzje i zainteresowaną publiczność.
Sukces programu „50 na 50”
Ta ostatnia decyzja wydawała się kontrowersyjna na festiwalu, który w nazwie ma filmy fabularne. Tym bardziej, że jest w Polsce kilka świetnych imprez poświęconych wyłącznie dokumentom.
Zależało mi, byśmy z nimi połączyli siły. Gdyński festiwal traktuję jako część dużego ekosystemu, chcę współpracować z innymi filmowymi imprezami. I tak buduję program, by ta współpraca była widoczna. Musimy się wspierać.
Sukcesem stał się przed rokiem jubileuszowy program „50 na 50”. I kontynuujecie go w tym roku.
Tak, jako 50 na 51. Projekt wspaniale się rozwija. To sposób, by z kinem polskim docierać do widzów. Także płaszczyzna budowania wspólnoty z osobami z całej Polski, którym na kulturze filmowej zależy. Widzę, jak zaczynamy się coraz mocniej wspierać. W ubiegłym roku pokazy polskich filmów stworzone przez miejscowych działaczy kultury odbyły się nie w 50 jak w nazwie cyklu, lecz w rzeczywistości w 55 miejscach, bo ośrodki z całej Polski zgłosiły tak ciekawe przeglądy, że nie chcieliśmy wprowadzać selekcji. Przyznaliśmy każdemu miejscu dofinansowanie, zadbaliśmy, by Telewizja Polska i Wytwórnia Filmów Fabularnych i Dokumentalnych udostępniały im swoje tytuły po preferencyjnych cenach, pomagaliśmy w zapraszaniu gości. W tym roku w naszej akcji bierze udział 50 ośrodków. Tematy, podobnie jak w roku ubiegłym, łączą historię polskiego kina z komentarzem o otaczającej nas rzeczywistości, dzięki czemu 50 na 51 to projekt na wskroś aktualny.
Dzięki sekcji Perspektywy konkursowa przestrzeń jest dużo szersza, a nasza rozmowa o nowym polskim kinie staje się pełniejsza
Najważniejsze są jednak konkursy. Jurorzy konkursu głównego ocenią szesnaście filmów, a Perspektyw - osiem.
No właśnie, dzięki Perspektywom konkursowa przestrzeń jest dużo szersza, a nasza rozmowa o nowym polskim kinie staje się pełniejsza.
Gaja i Jacek Kuroniowie oraz Violetta Villas bohaterami filmów
„Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego, „Hot spot” Agnieszki Smoczyńskiej, „Dobry chłopiec” Jana Komasy, „Nasza rewolucja” Piotra Domalewskiego, „Dziki, dziki wschód” Jana Holoubka, nowe filmy Łukasza Rondudy – „Powiedz mi co czujesz” i Macieja Sobieszczańskiego „Przez ścianę”, „Zima pod znakiem wrony” Kasi Adamik, a wreszcie „Syrenka Picassa” Janusza Zorskiego – to tytuły bardzo oczekiwane, zrobione przez trzy pokolenia twórców. Ale w konkursie głównym zobaczymy też debiuty, na czele z głośną „Violettą Villas”, pierwszym długometrażowym filmem fabularnym Karoliny Bielawskiej. To wiele mówi o naszej kinematografii.
Mamy aż pięć debiutów w konkursie głównym, siedem w Perspektywach i jeszcze jeden film drugi. A więc 13 na 24 filmy to kino młode. W tym roku na festiwalu po raz ostatni pojawią się długie metraże zrealizowane w PISF-owskim programie mikrobudżetów. Młodzi artyści znów udowodnili, że są w stanie zaproponować interesujące kino, nawet pracując w tak trudnych warunkach.
System mikrobudżetów krytykowany był za to, że PISF przeznaczał na debiut milion zł, a producenci musieli dołożyć do budżetu 10 proc., jednak nie mieli prawa szukać dodatkowych inwestorów. W ten sposób debiuty były realizowane za ok. 1,1 mln zł. Dziś bardzo trudno zrealizować film za taką sumę.
Dobrze, że warunki wsparcia pierwszych filmów pełnometrażowych wreszcie się zmieniły. Z dużą ciekawością czekam na debiuty kręcone za większe pieniądze, pozwalające lepiej zrealizować wizje ich twórców, pracować w spokojniejszych warunkach. Jestem przekonana, że każda inwestycja w młode kino jest bardzo ważna. A my w Gdyni robimy wszystko, żeby ułatwić mu dotarcie do widza.
Intrygujące młode polskie kino
Jakie jest, pani zdaniem, dzisiejsze młode kino?
Bardzo różnorodne, nie da się tu mówić o jednej wspólnej linii. To ciekawy wielogłos, w którym jednak często pojawia się nowy, świeży język. Tak jak w ubiegłym roku w „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, gdzie Emi Buchwald opowiadała o swojej młodości. Podobną świeżość można odnaleźć w tegorocznych debiutach. A tematy? Z jednej strony młodzi proponują filmy osobiste – opowiadają o własnych niepokojach, lękach, zagubieniu, które dziś często im towarzyszy. Z drugiej strony znajdziemy w ich filmach również ważne tematy społeczne i pytania, które zadają wszystkie pokolenia. O przyszłość, o to, w którą stronę zmierzamy. W wielu dziś filmach można wyczuć niepokój o jutro. To jest motyw powracający.
Czy z tych opowieści wyłania się obraz współczesnej Polski?
Oczywiście, przy czym są to rozmaite spojrzenia. Zaprosiliśmy do konkursów filmy pokazujące Polskę z różnych perspektyw. A także różne stylistycznie. Warto też wspomnieć, że zarówno w krótkim, jak i długim metrażu, wielu młodych ludzi szuka dzisiaj ujęcia nieco lżejszego, komediowego. Ten trend obserwujemy już od kilku lat.
Może to forma obrony przed coraz bardziej ponurą rzeczywistością?
Oczywiście. Takie spojrzenie buduje barierę ochronną. Jednak z drugiej strony - pewne rzeczy wyostrza.
Mam też wrażenie, że ostatnio częściej szukamy recept na życie przyglądając się losom autentycznych bohaterów.
To prawda, znowu pojawiło się w naszym kinie sporo biopików. W konkursie znalazły się opowieści, chociażby o Grażynie i Jacku Kuroniach, Violetcie Villas, Janie Borysewiczu. Filmy osadzone w przeszłości nadal są jednak lustrem, w którym przegląda się nasza współczesność.
Mówimy dużo o młodym kinie. Ale coraz wyraźniej czuje się też inny trend: nazwiska polskich reżyserów – Pawlikowskiego, Smoczyńskiej, Komasy, Szumowskiej i Englerta, czy oczywiście Agnieszki Holland – pojawiają się w czołówkach bardzo poważnych produkcji międzynarodowych.
To trwa już od dłuższego czasu i pewnie będzie się rozwijać. Zwłaszcza że coraz trudniejsze staje się domykanie budżetów w Polsce. Szukanie partnerów za granicą stało się więc dla naszych filmowców naturalną drogą. Takie filmy też prezentujemy w Gdyni, to aktualna opowieść o naszym kinie.
To pomówmy jeszcze o przyszłości. Opowiadając o konkursie filmów krótkometrażowych podkreśla pani zawsze odwagę ich twórców. Na czym ona polega?
Widzimy ją w sięganiu po trudne tematy, ale też w stylistyce filmów, w ich formie. Przy powstawaniu filmów krótkich można eksperymentować, można wypowiedzieć się artystycznie, nie myśląc o wymogach rynkowych. Ta twórcza wolność i odwaga młodych artystów, często jeszcze studentów, fascynuje mnie. Bardzo bym chciała, by nie stracili jej, kiedy już przejdą do kina długometrażowego. Żeby nadal mówili pełnym głosem.
Nie jest to łatwe na skomercjalizowanym rynku.
Jak pokazuje przykład Emi Buchwald, czekamy na takie spełnione, autorskie historie. Pierwsze filmy twórców bardzo dziś rozpoznawalnych, jak Janek Matuszyński, Agnieszka Smoczyńska czy Paweł Maślona - były odważnym kinem, które szło własną drogą. Nie trzymały się sztywnych granic. Takie są też dzisiaj ich długie metraże. I tego właśnie życzę młodym artystom: żeby w przyszłości nie musieli iść na bolesne kompromisy.
W tegorocznym zestawie filmów rzuca się w oczy i to, że na polskim rynku wciąż pojawiają się nowe nazwiska producentów.
Taki mamy krajobraz… Może przyczynił się do tego program mikrobudżetów? Doświadczeni producenci rzadko decydowali się na zrobienie długometrażowej fabuły za milion zł. Wyzwanie podejmowali często producenci wchodzący dopiero do kina.
Czytaj więcej
W konkursie głównym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w konkursie głównym jury oceni 16 filmów
Pozakonkursowe atrakcje tegorocznego festiwalu
W ubiegłym roku świętowaliście 50-lecie festiwalu. W tym roku przypada 60-lecie Stowarzyszenia Filmowców Polskich.
Na pewno ten jubileusz podczas festiwalu wybrzmi. Generalnie festiwal jest przestrzenią, w której przypominamy różne rocznice. Ten rok będzie czasem wielkich mistrzów: Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Kieślowskiego, Tadeusza Konwickiego, Barbary Sass.
Co więc w tegorocznym programie cieszy panią szczególnie?
Z jednej strony ciekawa selekcja nowego kina, z drugiej nasze szerokie patrzenie na klasykę. Cieszy mnie też duża otwartość ludzi kina na projekty, które wspólnie przygotowujemy w Gdyni: zarówno w programie otwartym dla wszystkich, jak i podczas części branżowej. A wreszcie bardzo mnie cieszy, że wciąż pojawiają się nowe pomysły i festiwalowe projekty, które udaje nam się realizować, np. w tym roku to będą między innymi warsztaty Gdynia Story.
A co panią martwi? Nie sposób dziś uniknąć kłopotów.
To prawda, jeśli chodzi o naszą festiwalową rzeczywistość, nowa dyrektorka festiwalu Agata Kozierańska dwoi się i troi, byśmy tych kłopotów mieli jak najmniej. Nagrodą jest naprawdę duże zainteresowanie festiwalem. W ubiegłym roku tłumaczyliśmy je jubileuszem. Ale w tym roku mamy już równie wysoką sprzedaż akredytacji. Czego brak? Może przydałyby nam się jeszcze dwie duże sale kinowe. Też byśmy je zapełnili.
Na koniec więc tradycyjne pytanie: Czego pani i festiwalowi życzyć?
Przede wszystkim tego, żeby niepokoje dotyczące finansowania naszego kina nie spełniły się. Festiwal, środowisko filmowe i widzowie - wszyscy bardzo znacząco odczuliby takie zmiany. Ważne, żeby polska kinematografia rozwijała się bezpiecznie. Żebyśmy nadal mogli rozmawiać o szerokiej, różnorodnej produkcji. Życzmy więc sobie takiego rozwoju i spokoju.