Martin McDonagh co kilka lat wraca na wenecki festiwal. Świetnie wpisuje się w styl tej imprezy i jej intelektualne ambicje. Pisarz i dramaturg, który zaczął sam reżyserować, w 2017 r. podbił Wenecję znakomitym dramatem „Trzy billboardy od Ebbing, Missouri”, a cztery lata temu wrócił z „Duchami Inisherin”. Oba te filmy przyniosły mu Srebrne Lwy za scenariusz. Akcja pierwszego z nich toczyła się na amerykańskiej prowincji, drugiego – w Irlandii. Teraz, w „Dzikim Koniu Dziewięć” McDonagh przeniósł się z kamerą na „koniec świata”, na Rapa Nui, czyli Wyspę Wielkanocną. 

Reklama
Reklama

Tuż przed chilijskim przewrotem

Jest rok 1973. Chile, tuż przed przewrotem, w którym obalony został rząd Salvadora Allende, a władzę przejęła junta wojskowa z generałem Augusto Pinochetem na czele. Ale na razie jeszcze jest względny spokój. Dwaj stacjonujący w Santiago agenci CIA zostają wysłani na Wyspę Wielkanocną. Jednak tym razem nie chodzi o tajną akcję. Starszy z nich, Chris, fenomenalnie zagrany przez Johna Malkovicha, zżerany przez nowotwór, ma przed sobą bardzo niewiele życia. Chce odejść godnie. Popełnić samobójstwo. A właściwie upozorować je, bo o pomoc prosi Lee – młodszego agenta (w tej roli Sam Rockwell), z którym długo współpracował. Wie, że on potrafi strzelić profesjonalnie, zabić od razu, nie rozpruwając przy tym nieestetycznie głowy. Lee z kolei, nie dość, że nękają go konflikty z żoną, stale musi utrzymywać kontakt z wysokiej rangi szefem CIA, który też toczy tu swoją grę.  

Popadający już w demencję, ale wciąż w miarę przytomny Chris nagrywa własne wspomnienia z akcji, w jakich brał udział. A było ich rozrzuconych po świecie niemało. Dowództwu CIA chodzi o zniszczenie jego relacji, zwłaszcza tych z Dallas. 

Przyjaźń wśród brudu świata

„Dziki Koń Dziewięć” poraża. McDonagh pokazuje siatkę agentów, która oplata świat. Nawet na leżącej z dala od politycznych centrów Wyspie Wielkanocnej nigdy nie wiadomo, kto jest turystą, a kto funkcjonariuszem CIA. amerykańskie służby wywiadowcze kontrolują sytuację polityczną w Chile. Z ekranu aż wylewa się cynizm i polityczny despotyzm.

Dla mnie przyjacielska, niemal ojcowsko-synowska relacja tych dwóch mężczyzn jest najważniejszym motywem „Dzikiego Konia Dziewięć”

Martin McDonagh

Ale Brytyjczyk nie byłby sobą, gdyby na tym tle nie zbudował opowieści o uwikłanych w polityczne układy ludziach. Trudno uwierzyć, ale na smutnym i ponurym w gruncie rzeczy filmie, w sali kinowej nie milknie śmiech. Przede wszystkim dzięki genialnej roli Malkovicha, który rozmawiając ze swoim partnerem, potrafi jakby od niechcenia rzucić: „Zabijałem ludzi, jak jeszcze nie było cię na świecie. Zabijałem ludzi w krajach, których nazwy nie potrafisz nawet wymówić”. Ot, taka praca. Ale też jak pięknie potrafi McDonagh wygrać przyjaźń dwóch agentów, ich lojalność. 

– Dla mnie przyjacielska, niemal ojcowsko-synowska relacja tych dwóch mężczyzn jest najważniejszym motywem filmu – przyznaje reżyser i dodaje: – To nie jest przypadek, że Chris powierza swoje życie i swoją śmierć właśnie Lee..

Czytaj więcej

Jak Robert Murdoch i Larry Lamb wymyślili tabloid, który zmienił świat

Pierwszy, wenecki odbiór „Dzikiego Konia Dziewięć” jest bardzo pozytywny. Krytycy są dość zgodni, że John Malkovich będzie już wkrótce jednym z najważniejszych kandydatów do Oscarowej nominacji, zaś Martin McDonagh może w tym roku dostać kolejnego, trzeciego już weneckiego Lwa.