Prowincjonalne miasto. Blokowisko. Trudne życie i brak perspektyw. Tymoteusz wyrwał się stąd. Studiuje w Warszawskiej Akademii Muzycznej, wygrywa konkursy, po wakacjach ma wyjechać na stypendium do Düsseldorfu. Przyjechał do domu tylko na wakacje.

Jego młodszemu bratu, Jackowi, nie udało się. Właśnie oblał egzaminy na muzyczną uczelnię. Od dawna nie podchodzi do pianina, a jeśli nawet, to po to, by zrobić muzyczne tło kumplom, hiphopowcom. Matka zapracowana, ojciec gdzieś daleko. Zadzwoni raz na pół roku. Albo nie.

Siła prawdy

Przyjazd do rodzinnego miasta to dla Tymka powrót do świata, jaki już zostawił za sobą, bo dzień podobny był do dnia. Nie wierzy, że latające w powietrzu „jebane, pierd... kur..." to dowód siły i luzu.

Czytaj więcej

„Babilon”. Wspaniały upadek

Spotyka kumla, któremu nie opłaca się wykupić starego grata z policyjnego parkingu, bo kilka dniówek przewyższa wartość samochodu. Inny uczy się angielskiego, żeby wyjechać „za robotą” do Norwegii. Z dawną miłością niewiele już Tymka łączy. Może zresztą zrozumiał, że jest gejem? I wreszcie nuda, którą trzeba jakoś zabić. Jest więc kąpiel w w pobliskiej rzece. Buła i browar w otwartym niedawno kebab-barze prowadzonym przez dwóch emigrantów.

Siłą „Chleba i soli” jest prawda. W obrazy zapisane w filmie po prostu się wierzy. Dialogi, które podobno powstawały w znacznej mierze na planie, brzmią naturalnie, aktorzy naturszczycy tworzą postacie bardzo wiarygodne. Urwane, niedokończone wątki nie drażnią, tylko służą prawdzie.

Czytaj więcej

Netflix zapowiada premiery filmów z gwiazdorską obsadą

Damian Kocur nie ukrywa, że ten debiutancki długi metraż to jego rozliczenie ze światem młodości, bo tkwi w nim takie miasto i podobni ludzie, na siłę szukający potwierdzenia własnej wartości. Nie bez powodu patrzy na wszystko oczami Tymka. Chłopaka ambitnego, dążącego do swoich celów. Takiego, jakim pewnie był on sam.

Reżyser nie ocenia, nie potępia. Portretuje ludzi stworzonych przez osiedle prowincjonalnego miasteczka, w którym marzeniem staje się wyjazd do roboty do Norwegii.

Innemu reżyserowi taka historia starczyłoby na ciekawą obyczajówkę. Ale „Chleb i sól” to coś więcej. To również wiwisekcja społecznych układów, mocny film o dzisiejszej Polsce. „Czy powitali was tu chlebem i solą?” – pyta Tymek dwóch Arabów, którzy prowadzą osiedlowy bar z kebabami, bo choć buda migrantów staje się miejscem spotkań miejscowego koleżeństwa, oni sami są „inni”, „gorsi”. Kocur mówi o pogardzie dla obcych, nietolerancji i narastaniu nienawiści, która w każdej chwili może wybuchnąć i doprowadzić do tragedii.

Dobra zapowiedź

Reżyser konsekwentnie idzie swoją drogą. Potrafi obserwować ludzi z bliska, potrafi dostrzec ich niepewne osadzenie w życiu, samotność. Potrafi też wpisać ich w społeczne tło. Czuło się to już w jego krótkich filmach.

W „Moim sercu” 38-letnia aktorka, ledwo wiążąca koniec z końcem, samotnie wychowująca dziecko, jechała do teatru w Wałbrzychu, bo tylko na prowincji mogła dostać mieszkanie, etat, stałą pensję. Tam spotkała mężczyznę, nauczyciela, który do tego miasta przyjechał z żoną aktorką, która wdała się w romans z reżyserem i wyjechała. On w Wałbrzychu został.

Bohater „Dalej jest dzień” trudnił się przewożeniem mieszkańców wioski przez rzekę promem. Wszyscy go znali, ale on był bardzo samotny. Gdy zauważył imigranta przepływającego rzekę wpław, nie tylko mu pomógł, ale też ukrył go. Wreszcie miał do kogo się odezwać. W tych prostych historiach nie było żadnego wydumania. Kocur zapisywał los bardzo zwyczajnych ludzi, o których kino opowiada nieczęsto.

Czytaj więcej

„Duchy Inisherin”. Nagły atak nienawiści

W „Chlebie i soli” idzie tą samą drogą. Czuje się tu, że 40-letni reżyser niesie swój własny bagaż doświadczeń i umie patrzeć na świat z perspektywy innej niż tak zwanych zwyczajnych ludzi. Jak choćby Ken Loach. Dobra zapowiedź na przyszłość.

Nie doceniło jego „Chleba i soli” jury ostatniego festiwalu w Gdyni. To ewidentny błąd. Naprawili to dziennikarze, młodzi krytycy, kluby filmowe. Film przywiózł też nagrody z festiwali w Wenecji, Cottbus, Antalii, Gijon, Kairze.

Damian Kocur odebrał też nominację do paszportu „Polityki”. I jestem przekonana, że na jego filmach nie raz jeszcze będziemy mogli się wzruszyć, patrząc na ludzi, na których nie zwracamy uwagi, gdy mijamy ich na ulicy.