„Fabelmanowie”. Narodziny gwiazdy Hollywood

„Fabelmanowie”, czyli rzecz o rodzinie Stevena Spielberga, to fabularny powrót mistrza kina do dzieciństwa i wczesnej młodości, gdy rodziła się jego pasja.

Publikacja: 29.12.2022 08:16

„Fabelmanowie”. Narodziny gwiazdy Hollywood

Foto: materiały prasowe

Pewnie przychodzi dla artysty taki czas, w którym z oddalenia próbuje spojrzeć na własne dzieciństwo i młodość, zrozumieć, co go stworzyło i ukształtowało. Niedawno bardzo interesujący „Belfast” pokazał Kenneth Branagh. Do dojrzewania w Meksyku, rozwodu rodziców i swojej ukochanej niani powrócił w „Romie” Alfonso Cuaron. Do tego, co zapamiętał z czasu dorastania w Kalifornii nawiązał Paul Thomas Anderson w „Licorice Pizza”. A teraz dołącza do nich Steven Spielberg, który razem ze swoim częstym współpracownikiem Tonym Kushnerem napisał scenariusz „Fabelmanów”.

Tytułowi bohaterowie są zamożną, żydowską rodziną. Burt jest naukowcem. Mitzi zrezygnowała z kariery pianistki, żeby poświęcić się domowi, ale została w niej artystyczna dusza oraz szaleństwo, które kazało jej z bliska pokazać dzieciom tornado albo zamiast pieska kupić osiołka. Ale najważniejszy jest tu Sammy – alter ego Stevena, sześciolatek, którego w śnieżny wieczór 1952 r. rodzice zabrali po raz pierwszy do kina na „Największe widowisko świata” Cecila DeMille’a. I od tej pory miał on tylko jedno marzenie: chciał kręcić filmy. Maltretował kolejne lokomotywy i wagoniki, żeby z różnych stron i kątów nakręcić scenę katastrofy kamerą ojca, którą w tajemnicy dała mu matka. Mały Steve-Sammy przejmował myślenie rodziców o kinie: dla jego ojca była to sztuka obrazowania rzeczywistości, oświetlenie, precyzja obrazu; dla matki – gejzer uczuć i wzruszeń.

Czytaj więcej

Dla kogo Oscary?

 „Fabelmanowie” to historia chłopaka, który zwariował na punkcie ruchomych obrazów, ale  również pierwsza opowieść Spielberga o dojrzewaniu. Amerykanin zrobił filmy wymagające dziecięcej wyobraźni jak choćby „ET” czy „Jurassic Park”, teraz jednak mierzy się z czasem, który wielu psychologów uważa za najtrudniejszy w życiu. Bohater “Fabelmanów” znajduje własną drogę, ale przecież nie żyje w świecie fikcji.  Musi zmierzyć się z rozchodzeniem się rodziców, odkryć tajemnicę matki, romansującej z przyjacielem rodziny, który zresztą został potem jej drugim mężem. Dorastający chłopiec musi porównać style życia matki, ojca, przyjaciela domu.

Spojrzenie Stevena Spielberga wstecz, na własne dzieciństwo jest też opowieścią o przełomie lat 50. i 60. w Ameryce. To nie tylko świat „sweet fifties” i gospodarczego boomu. To również wyraźnie rysujący się antysemityzm i niechęć do inności. Reżyser z pietyzmem odtworzył tamten świat, m.in. domy w New Jersey, Arizonie i Kalifornii. Ale przede wszystkim atmosferę tamtego czasu. Świetne, jak zawsze, zdjęcia zrobił Janusz Kamiński.

„Fabelmanowie” są filmem bardzo „spielbergowskim”. Dość tradycyjnym, pozbawionym niepokoju i pytań choćby z „Romy” Cuarona. Ale przecież jednocześnie porywającym,  atrakcyjnym,  sprawne opowiedzianym. Są tu chwile wzruszeń, zaskoczenia, świetnie poprowadzeni aktorzy, a przede wszystkim typowana do Oscarowej nominacji Michelle Williams jako Mitzi i trafiony w dziesiątkę Steven-Sammy – Gabriel LeBelle. Są sceny zapadające w pamięć, jak taniec Mitzi w świetle reflektorów.  Warto czekać na spotkanie młodego bohatera ze starym, jednookim Johnem Fordem, którego brawurowo zagrał David Lynch. Tych kilka minut to majstersztyk. I jeszcze rada, jaką daje król Hollywoodu przestraszonemu Sammy’emu o tym, kiedy obraz staje się interesujący, a kiedy jest „śmierdzącym gównem”. 

„Fabelmanowie” należą do gatunku „feel-good movies” czyli obrazów mających sprawić widzom przyjemność. I sprawiają. Jest też poważnym kandydatem oscarowych nominacji w wielu kategoriach. W końcu Hollywood kocha opowiadać o sobie.

Pewnie przychodzi dla artysty taki czas, w którym z oddalenia próbuje spojrzeć na własne dzieciństwo i młodość, zrozumieć, co go stworzyło i ukształtowało. Niedawno bardzo interesujący „Belfast” pokazał Kenneth Branagh. Do dojrzewania w Meksyku, rozwodu rodziców i swojej ukochanej niani powrócił w „Romie” Alfonso Cuaron. Do tego, co zapamiętał z czasu dorastania w Kalifornii nawiązał Paul Thomas Anderson w „Licorice Pizza”. A teraz dołącza do nich Steven Spielberg, który razem ze swoim częstym współpracownikiem Tonym Kushnerem napisał scenariusz „Fabelmanów”.

Pozostało 85% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Film
Koszaliński Złoty Jantar dla „Tyle co nic” Grzegorza Dębowskiego
Film
Rekomendacje filmowe na weekend: Inni w nas i wokół nas
Film
„Królestwo zwierząt” Thomasa Cailleya: Ludzie mutują jak po pandemii
Film
„Ród Smoka”, czyli „oko za oko, syn za syna” w drugim sezonie
Materiał Promocyjny
Jaki jest proces tworzenia banku cyfrowego i jakie czynniki są kluczowe dla jego sukcesu?
Materiał partnera
Największe kino plenerowe w Polsce powraca
Film
Niepewność i rozchwianie rzeczywistości – 10 debiutów na festiwalu „Młodzi i Film”