Proszę się nie spodziewać realistycznego kina. To wizualny i scenariuszowy odlot. W filmie Andrew Dominika można zobaczyć mozaikę z thrillerów Romana Polańskiego, dynamicznych i epickich montaży Olivera Stone’a oraz fantasmagorii Davida Lyncha. Bohaterka tego onirycznego obrazu tylko w migawkach filmowych cytatów, billboardów i plakatów jest czczoną przez wszystkich ikoną kobiecego piękna.

Poza nimi Dominik pokazuje wykorzystywany seksualnie przez mężczyzn kawałek mięsa, któremu odmawia się duchowości i osobowości. Wcześniej zaś dziewczynkę bitą i podtapianą przez matkę, której chorobę psychiczną wywołało odejście ukochanego mężczyzny: ojca Marilyn, który nie zaakceptował „bachora” i zniknął.

Tęsknota za ojcem

Portret przedstawiający kobiecy „ideał” filmowego amanta wisi nad łóżkiem małej Marilyn niczym święty obrazek, zaś idealizacja czy wręcz deifikacja ojca ciąży nad całym życiem. Marilyn ciągle marzy o spotkaniu z „tatusiem”, chce widzieć go w mężczyznach, a faceci to wykorzystują.

Czytaj więcej

„Blondynka”: portret Marilyn Monroe już w Netfliksie

Bodaj najbardziej drastycznie pokazany jest motyw macierzyństwa – samotnej matki Monroe, która – popadając w alkoholizm i szaleństwo – przegrywa z życiem, czy też samej Marilyn decydującej się na aborcję, zmuszonej do tego przez okoliczności. Powracająca obsesyjnie scena usunięcia ciąży jest wstrząsająca.

Tragedia Blondynki polega na tym, że nie uratuje ani swoich licznych dzieci, ani siebie. Licząc na akceptację mężczyzn, nie rozumie, że żadna kobieta nie może uzależniać swojej tożsamości i życia od męskiej akceptacji. Choć są chwile, gdy Marilyn potrafi piętnować swoje uprzedmiotowienie. Do namolnych menedżerów krzyczy: „J…ć Marilyn. Marilyn nie przyjdzie dziś stać się pośmiewiskiem. Kręćcie bez niej”. Niestety, mając kompletnie rozjechaną osobowość, tylko na planie, po zażyciu tabletek lub szprycowana kodeiną wie, kim ma być w życiu. Aż te złudzenia przedawkowała.

Ofiarami toksycznych ojców są również inni bohaterowie „Blondynki” – Chaplin junior i prezydent Kennedy. Także bohater innej tegorocznej produkcji – „Elvisa”. Wszyscy oni pochodzą z dysfunkcyjnych rodzin, dlatego próbują szukać szczęścia po omacku, w niczym nieograniczonej wolności, stanowiącej zapowiedź epoki beatników i hipisów. I naszych cyfrowych czasów, gdy zwykłe życie nie zastąpi emocji z kinowego i komputerowego ekranu – uzależniających jak narkotyk.

Koszmarny finał

Największą słabością „Blondynki” jest to, że Ana de Armas ani nie jest tak wyjątkowa jak Monroe, ani nie jest tak znakomitą aktorką, by stworzyć konkurencyjną wobec życia Marilyn kreację. Filmowy Arthur Miller (Adrien Brody), widząc po raz pierwszy Marilyn, mówi, że nie odnajduje w niej postaci, którą aktorka ma zagrać. To prawda.

Na miejscu reżysera i producenta wielokrotnie bym się załamał. Może to seksistowskie uwagi, ale głównej bohaterce brakuje wdzięku, kokieterii, seksapilu – tego wszystkiego, co sprawiało, że pośród milionów szalał za Monroe baseballista Joe DiMaggio (Bobby Cannavale) i wspomniany Arthur Miller. De Armas, choć stara się jak może, tylko ilustruje scenariusz. Najbardziej rozczarowujący jest filmowy prezydent Kennedy (Caspar Phillipson) w scenie pokazującej, że na czele Ameryki mógł stać współczesny Neron.

Czytaj więcej

Oscary bez Rosji

O Marilyn zwykło mówić się „ikona” i nie jest to wyłącznie słowny ornament. Przypomina mi się świetny spektakl Krystiana Lupy, który poprzez historię Monroe granej znakomicie przez Sandrę Korzeniak, pokazał matrycę naszego świata i cywilizacji, gdzie nie ma miejsca na Boga, zaś bohaterowie zbiorowej wyobraźni – prezydenci czy gwiazdy kina – czczeni najpierw, są potem jak w pierwotnych społeczeństwach pożerani rytualnie jako wyobrażenia bogów. Lupa pokazał Marilyn na stole ofiarnym w świetle jupiterów i na oczach kamer.

Z kolei film Netflixa przekonuje, że świat pozbawiony odpowiedzialnych ojców, mężów, kochanków, partnerów staje się piekłem dla kolejnych pokoleń. Nie tylko kobiet. Może to odpowiedź na pytanie o przyczyny rewolucji obyczajowych, które wydarzyły się w cywilizacji uważanej przez feministki za patriarchalną. Nie ma innej drogi niż uszanowanie podmiotowości innej osoby.

Szkoda tylko, że przez ostatnią godzinę trzygodzinnej „Blondynki” show-biznes przekonuje do tego, a także przestrzega przed samym sobą w formie szamotaniny. Oglądanie filmu o koszmarze staje się koszmarem.