Ktoś powiedział, że to najbardziej czeski polski film. I coś w tej diagnozie jest, bo najciekawszy wydaje się w "Maratonie tańca" opis prowincjonalnej rzeczywistości.
W małym, dolnośląskim miasteczku Dąbie odbywa się festyn. To początek kampanii wyborczej polityka Stokrotnego, który ubiega się o fotel senatora RP. A dla mieszkańców okazja nie tylko do zabawy, ale i pozyskania funduszy na spełnienie własnych marzeń. Trwa bowiem konkurs podobny do organizowanych w Ameryce w czasach wielkiego kryzysu lat 30. Pary tańczą do upadłego, co jakiś czas dodatkowo uczestnicząc w wyścigu, po którym odpadają najsłabsi.
Na zwycięzcę czeka nagroda – 50 tysięcy złotych. Ktoś chce te pieniądze przeznaczyć na leki dla chorego dziecka, ktoś inny na spłatę długów miejscowym gangsterom, na szukanie zaginionego męża, na... własny pogrzeb. Przez ekran przewija się gromada ludzi nieszczęśliwych i niespełnionych, próbujących ułożyć własne życie, a ponad wszystkim rozbrzmiewają strofy piosenek śpiewanych z playbacku przez piosenkarkę, która miejscowym wydaje się uosobieniem sukcesu, a naprawdę jest tylko kiepsko traktowaną przez menedżera panienką próbującą nagrać własną płytę.
Folklor rzeczywiście jak z czeskiego filmu. Tyle że Czesi patrzą na prowincję z ogromnym ciepłem, zaś w "Maratonie tańca" małomiasteczkowa społeczność jest niemal odpychająca: ton nadają jej pijacy, złodzieje i cwianiacy, a w większości rozmów słowa "k..." i "pier..." używane są jak przecinki. Aż rodzi się pytanie, czy pełna degrengolady wizja polskiej prowincji nie jest fałszywie jednostronna, jakby żywcem wyjęta z przełomu lat 80. i 90.? Czy naprawdę ciągle tkwimy w takiej komunistycznej beznadziei?
Film Magdaleny Łazarkiewicz jest jak niespełniona obietnica. Autorka miesza konwencje i style opowiadania. "Maraton..." nawiązuje do filmu Sydneya Pollacka "Czyż nie dobija się koni?" – dramatu pokazującego ludzi pozbawionych wiary i nadziei, często bezrobotnych i w swoim zagubieniu bardzo samotnych.
Są u Łazarkiewicz sceny przejmujące, jakby żywcem wyjęte z tamtego filmu, np. ta, w której matka cuci syna niewytrzymującego fizycznie wysiłku konkursu tańca. Ale pojawiają się też wątki kryminalne i komediowe. Historie miłosne kończące się jak na zamówienie melodramatycznymi wyznaniami. I wreszcie liryczne obrazy, w których bohaterowie filmu czują obecność bliskich# opiekujących się nimi z góry. Tego wszystkiego jest za dużo – cierpią prowadzone niekonsekwentnie wątki, niepełne postacie. Po zaskakującym zakończeniu widz opuszcza kino lekko zagubiony, a ważne pytania o sens życia rozmywają się wśród grepsów.
W "Maratonie tańca" czuje się typową dla polskiego kina słabość – niedopracowanie scenariusza. Ale nie można filmowi odmówić ambicji i trzeba przyznać, że nawet jeśli jest to upadek, to z wysokiego konia.