Jeanne Moreau kończy dziś 85 lat. Tekst z archiwum "Rzeczpospolitej"

Wielu artystów, którzy największe sukcesy święcili w latach 50. i 60. poprzedniego wieku, twierdzi, że dzisiejsze czasy nie należą do nich, że nie rozumieją tego, co dzieje się wokół. Jeanne Moreau odwrotnie.

- Świat się zmienił, ale i ja się zmieniłam. I ten czas też jest mój. Co się rzeczywiście stało? Odeszło wielu moich przyjaciół i bliskich. Kiedy ich zabrakło, pomyślałam: "Jakiś etap się skończył, trzeba układać życie od nowa" - powiedziała mi podczas festiwalu w Cannes.

Urodziła się w 28 stycznia 1928 r. Ojciec był restauratorem z Montmartre'u, matka tancerką. Jeanne po studiach teatralnych została najmłodszą aktorką szacownej Comedie Francaise.

- Jako młoda dziewczyna podświadomie szukałam takiego konserwatywnego i szacownego miejsca - mówi. - Ojciec był człowiekiem starej daty, miał nadzieję, że - jak przystało na przyzwoitą kobietę - skończę studia, zostanę nauczycielką i jakiemuś dobrze ustawionemu, spokojnemu człowiekowi urodzę trójkę dzieci. Dzisiaj myślę, że Comedie Francaise była dla niego. Ale ten teatr jest ogromnie wymagający, wciąga aktora bez reszty. A mnie ciągnęło kino i zupełnie inne życie.

Kiedy zaproponowano jej długoletni kontrakt i bardzo poważne role, przestraszyła się. Rzuciła teatr, zwłaszcza że pojawił się wtedy w jej życiu Louis Malle i zaproponował jej główną rolę w filmie "Windą na szafot". Był wówczas zupełnie nieznany, ale Moreau zakochała się w jego scenariuszu. Tak zaczęła się ich współpraca, która wkrótce przyniosła jej też rolę w "Kochankach". Moreau stała się jedną z ulubionych aktorek twórców Nowej Fali. Świetne kreacje stworzyła w filmach Francois Truffaut "Jules i Jim", "Panna młoda w żałobie". Ale pracowała też z Michelangelo Antonionim ("Noc"), Luisem Bunuelem ("Dziennik panny służącej"), Josephem Loseyem ("Eva"), Tonym Richardsonem ("Mademoiselle", "Marynarz z Gibraltaru"), Orsonem Wellesem ("Proces", "Falstaff", "Nieśmiertelna historia"). Ten ostatni nazwał ją największą aktorką świata.

- Był wielkim kłamcą, ale jakże piękne historie potrafił opowiadać. A Jean Cocteau mawiał, że piękne kłamstwo może stać się prawdą. Orson pracował jak tytan, myślał o filmie nieustannie, potrafił rano zmieniać i dopisywać sceny. Dużo mu zawdzięczam - przyznaje Moreau. Moreau nadal pojawia się na ekra nie. Niedawno mogliśmy ją oglądać w "Czasie, który pozostał" Francois Ozona.

Moreau uchodziła za kobietę piękną, inteligentną i ogromnie niezależną. Miała trzech mężów i bardzo wiele romansów. Słynęła z tego, że zakochiwała się w swoich reżyserach. Była związania m.in. z Louisem Malle'em, Williamem Friedkinem i Tonym Richardsonem, a także z Pierre'em Cardinem, Lee Marvinem, Thoe Roumbanisem, Jeanem-Louisem Richardem.

- Los zetknął mnie z takimi wspaniałymi mężczyznami... Trudno się było nie zakochać- mówi zwyczajnie. - Przyciągałam ich do siebie, bo byłam wystarczająco inteligentna, by z nimi rozmawiać i wystarczająco wolna i w tej wolności wyzywająca, by ich intrygować. Ze wszystkimi się potem przyjaźniłam. Nie rozumiem ludzi, którzy rozstają się w nienawiści, nie chcąc na siebie patrzeć. Dla mnie mężczyźni, których kochałam, są prawdziwym skarbem. Kiedy miłość się kończyła, stawali się dla mnie jak bracia.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Dzisiaj jest we Francji niemal ikoną, rodacy nazywają ją grande dame. Jest pierwszą kobietą, która została członkiem Francuskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ma niebywałą klasę. Gdy w czasie rozmowy spytałam ją, czy boi się starości, odpowiedziała: - Moja droga, a co to zapytanie? Kocham życie i dokąd będę miała energię, nie będę się czuła stara! Zresztą niczego nie wolno się bać, bo wtedy człowiek staje się więźniem własnego strachu. Poza tym kiedyś założyłam sobie, że moja szklanka nie jest w połowie pusta, lecz w połowie pełna. Dlatego niczego nie żałuję, nad niczym nie płaczę. Wolę czekać, co przyniesie jutro.