„Każdy człowiek jest inny, ale wszyscy są podobni" – mówi sam Krzysztof Kieślowski w filmie Andreasa Voigta „Spotkanie z Krzysztofem Kieślowskim". To zdanie jest niemal kluczem do jego twórczości. I do jego sukcesu.

20 lat po śmierci artysty jego filmy wciąż żyją. Kanadyjczyk Atom Egoyan, Belg Jaco Van Dormael, Włoch Matteo Garrone, Iranka Samira Makhmalbaf, Amerykanin Taylor Hackford, ulubieniec Sundance'u Mike Cahill mówią o tym, jak wielki wpływ wywarła na nich twórczość Kieślowskiego. Może dlatego, że opowiadał o człowieku – jego moralności, słabościach, sile, uwikłaniu w świat i historię. Przypominał o kilku podstawowych pytaniach, na jakie każdy musi sobie odpowiedzieć sam, a robił to nie z pozycji moralizatora, lecz człowieka tak samo zagubionego w labiryntach współczesności jak każdy widz.

Gdyński festiwal składa w tym roku hołd Krzysztofowi Kieślowskiemu. Jego obecność czuje się tu wyraźnie. Nie tylko dzięki filmowi Voigta. W drodze do Multikina w parku mija się wystawę Andrzeja Pągowskiego. Niezwykłą. Przygotowywał on plakaty do wielu filmów Kieślowskiego. Reżyser miał do niego ogromne zaufanie. Po latach wybitny polski grafik, wspierany przez Studio Tor, zrobił nowe plakaty do jego dzieł. Wszystkich: dokumentalnych, fabularnych, nawet etiud.

– Obejrzałem te filmy od nowa – mówi. – Niejednokrotnie, jako dojrzały człowiek, inaczej je zrozumiałem. Co innego stało się w nich dla mnie ważne.

W pracach Pągowskiego jest inteligentna skrótowość, refleksja, a jednocześnie pewna drapieżność. Ilustrują one również promowaną na festiwalu książkę „Kieślowski po latach. W zwierciadle opinii i wspomnień", która powstała pod redakcją Stanisława Zawiślińskiego i Krystyny Zamysłowskiej.

Znalazły się w niej: mowa pogrzebowa ks. Tischnera i opowieść o przyjacielu Krzysztofa Zanussiego, szkice zagranicznych krytyków i teksty ludzi, którzy w różnych krajach organizowali przeglądy jego twórczości. I wspomnienie Krzysztofa Piesiewicza, który pisze: „Zapewne nie byłbym taki, jaki jestem, gdybym go nie spotkał".

Podobnie mówi wiele osób, bo Kieślowski naprawdę zmieniał ludzi. Uwrażliwiał, uczył szukać prawdy, nie blichtru.

Pasjonująca jest też przygotowana przez łódzkie Muzeum Kinematografii wystawa „Fotografie z miasta Łodzi". To zdjęcia, które Kieślowski robił w 1966 r. jako student pierwszego roku reżyserii. Są na nich stare kamienice, ciemne bramy i sklepowe witryny. Ale przede wszystkim ludzie: starzy, młodzi, z twarzami pooranymi przez zmarszczki i smutki albo rozświetlonymi nadzieją. Na festiwalu można też obejrzeć zrekonstruowany cyfrowo „Przypadek".

– Uważam, że na wzór szwedzkiego Instytutu Bergmana czy włoskiego Instytutu Felliniego powinien powstać Instytut Kieślowskiego – mówi Stanisław Zawiśliński. – Byłby skarbnicą pamięci i wiedzy nie tylko o nim, lecz również o polskim kinie.

Autopromocja
Od 29.10 w "Rzeczpospolitej" i "Parkiecie"

Wszystko o zrównoważonym rozwoju i pozafinansowym raportowaniu spółek

Sprawdź szczegóły