Polskim dyplomatom obiecano, że to pierwszy i ostatni taki szczyt. Następne już tylko w gronie 27 krajów. Na razie.
Czy zatem groźba Europy dwóch prędkości zniknęła? Nie, tyle że rozpędza się powoli. Na ten scenariusz Polska musi się przygotować. Na razie jednak nikt z naszych polityków głośno nie podejmuje tej sprawy, który może stać się jednym z głównych strategicznych tematów dla Polski na najbliższe lata.
Zauważmy, że pocieszające dla Polski obietnice płyną z Brukseli, a nie z Berlina czy Paryża. Oczywiste jest, że dla unijnych instytucji, takich jak Komisja Europejska czy Rada UE, euroszczyty nie są optymalną ścieżką integracji gospodarczej, bo wykluczają lub przynajmniej znacznie ograniczają ich udział. W takim towarzystwie Jose Barroso i Herman Van Rompuy nie będą mieli wiele do powiedzenia. Ryzykują nawet, że grupa 17 stworzy w przyszłości osobny sekretariat strefy euro.
Ludzie z Brukseli są więc zainteresowani współpracą w gronie 27. Wtedy to kierowane przez nich instytucje przygotują projekty reform, będą nadzorować ich wprowadzanie w życie, a potem kontrolować przestrzeganie reguł. Ich zapowiedzi należy więc traktować jako myślenie życzeniowe, a nie realną ocenę sytuacji. A na pewno nie są to wypowiedzi głównych rozgrywających.
To, że inicjatywa Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy'ego nie spotkała się od razu z pełnym entuzjazmem, nie dziwi. Takie są początki każdego ambitnego pomysłu w UE. Bo integracja gospodarcza w strefie euro jest niewątpliwie projektem ambitnym. Ale też jest kierunkiem logicznym i pożądanym przez rynki w czasach, gdy wspólna waluta oznacza konieczność płacenia słonych rachunków za bankrutów.