Reklama
Rozwiń
Reklama

Europa wymaga wzmocnienia

Za dwa tygodnie, 11 marca, do Brukseli zjadą przywódcy 17 państw strefy euro. Będą radzić o wspólnym zarządzaniu gospodarczym. Bez Polski, W. Brytanii, Szwecji i paru innych krajów, które pozostały przy narodowych walutach

Publikacja: 25.02.2011 00:54

Polskim dyplomatom obiecano, że to pierwszy i ostatni taki szczyt. Następne już tylko w gronie 27 krajów. Na razie.

Czy zatem groźba Europy dwóch prędkości zniknęła? Nie, tyle że rozpędza się powoli. Na ten scenariusz Polska musi się przygotować. Na razie jednak nikt z naszych polityków głośno nie podejmuje tej sprawy, który może stać się jednym z głównych strategicznych tematów dla Polski na najbliższe lata.

Zauważmy, że pocieszające dla Polski obietnice płyną z Brukseli, a nie z Berlina czy Paryża. Oczywiste jest, że dla unijnych instytucji, takich jak Komisja Europejska czy Rada UE, euroszczyty nie są optymalną ścieżką integracji gospodarczej, bo wykluczają lub przynajmniej znacznie ograniczają ich udział. W takim towarzystwie Jose Barroso i Herman Van Rompuy nie będą mieli wiele do powiedzenia. Ryzykują nawet, że grupa 17 stworzy w przyszłości osobny sekretariat strefy euro.

Ludzie z Brukseli są więc zainteresowani współpracą w gronie 27. Wtedy to kierowane przez nich instytucje przygotują projekty reform, będą nadzorować ich wprowadzanie w życie, a potem kontrolować przestrzeganie reguł. Ich zapowiedzi należy więc traktować jako myślenie życzeniowe, a nie realną ocenę sytuacji. A na pewno nie są to wypowiedzi głównych rozgrywających.

To, że inicjatywa Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy'ego nie spotkała się od razu z pełnym entuzjazmem, nie dziwi. Takie są początki każdego ambitnego pomysłu w UE. Bo integracja gospodarcza w strefie euro jest niewątpliwie projektem ambitnym. Ale też jest kierunkiem logicznym i pożądanym przez rynki w czasach, gdy wspólna waluta oznacza konieczność płacenia słonych rachunków za bankrutów.

Reklama
Reklama

Niemcy płacą najwięcej i chcą zaprowadzić swoje porządki. Francuzi od dawna marzyli o integracji w mniejszym gronie, kryzys daje im okazję powrotu do idei Unii Europejskiej jako elitarnego klubu. Inni albo muszą prosić o pieniądze (Irlandia, Grecja czy Portugalia), albo boją się śródziemnomorskiego bałaganu (Holandia, Finlandia czy Austria) i przystaną na ten model integracji, mimo że daleki jest on od idei ojców założycieli UE.

A wszyscy mają już dosyć W. Brytanii, która przy każdej propozycji reform stawia warunki, mimo że w strefie euro nie jest, nie zamierza do niej wchodzić i ani funta nie dołoży do funduszu ratunkowego. Do tego dochodzi słaba Komisja Europejska, której szef Jose Barroso cieszy się coraz mniejszym poważaniem czołowych przywódców UE. Ciężko mu więc przekonać rządy do pozostania przy modelu wspólnotowym, który obejmuje 27 krajów i centralną rolę przyznaje unijnym instytucjom, w tym Komisji.

Strefa euro zostanie więc wywindowana na szczebel polityczny. Będą rozmawiać już nie tylko o zwiększaniu funduszu ratunkowego, agencjach ratingowych czy regulacjach dla instrumentów pochodnych – tym wszystkim, czym dziś zajmuje się Eurogrupa (ministrowie finansów strefy euro). Ale też o emeryturach, podatkach, wzajemnym uznawaniu kwalifikacji zawodowych i dziesiątkach innych rzeczy, których dziś jeszcze nikt nawet nie wymienia. Właściwie o wszystkim, co w integracji ważne.

Dla Polski oznacza to konieczność dokonania strategicznych wyborów. Do euro nie wejdziemy ani dziś, ani jutro. Nie jest to zresztą chwilowo opłacalne, jeśli spojrzymy na rosnące sumy na rachunkach do zapłacenia.Rząd musi jednak zadeklarować, że jest to jego strategicznym celem, i spełnić kryteria tak szybko, jak się da. Inaczej na dekady pozostaniemy w drugiej lidze europejskiej. Bo w gronie 27 UE nie będzie się już raczej integrować.

Za dwa – trzy lata kryzys grecki i irlandzki będą przeszłością i strefa euro odjedzie, wzmocniona niemiecką dyscypliną. Polska jak w dawnych tramwajach może teraz wskoczyć i stać na schodkach. Będziemy mogli zajrzeć do środka i może nawet czasem się odezwać, ale tylko pod warunkiem, że celem naszej podróży jest euro i pełna integracja gospodarcza. Zostaniemy potraktowani jako poważny pasażer, z którym można się konsultować odnośnie do prędkości i przystanków, dopiero gdy przyjmiemy wspólną walutę i zapłacimy za bilet.

Na kilka miesięcy przez wyborami parlamentarnymi w Polsce nie ma jednak chętnych do podejmowania konkretnych zobowiązań.

Reklama
Reklama

Na razie pozostaje nam uporczywe trzymanie się poręczy i próby spowalniania jazdy. Po jakimś czasie w tej pozycji stracimy jednak równowagę.

 

Anna Słojewska z Brukseli

Materiał Promocyjny
Lokaty mobilne: Nowoczesny sposób na oszczędzanie
Ekonomia
KGHM optymalizuje zagraniczny portfel
Ekonomia
Apelują do Orlen Termika. Chodzi o zamówienia dla dostawców spoza UE
Ekonomia
PGE odstąpiła od ważnej umowy. Naliczono wysokie kary
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama