Pan Wojciech, nasz czytelnik ze Śląska, odziedziczył po rodzicach książeczkę oszczędnościową w PKO BP. – W latach 1985 – 1986 wpłacili na nią 7 tys. zł, czyli równowartość trzech przeciętnych pensji. Dziś, po denominacji, jest to 70 groszy – opowiada pan Wojciech. – W lutym tego roku postanowiłem książeczkę zlikwidować i wybrać gotówkę.
Okazało się, że klient wpłaconych pieniędzy nie dostanie, nie mówiąc o odsetkach.
– Bank poinformował mnie, że sprawa jest przedawniona – żali się czytelnik. – Dostałem pismo, w którym stwierdzono, że książeczka ma status nieczynnej, bo przez pięć lat nie dokonywano na niej operacji, poza dopisywaniem odsetek.
Z informacji banku wynikało, że o wypłatę klient mógł wnioskować przez dziesięć lat od momentu, gdy książeczka została wyłączona z obrotu.
– Zdaniem banku czas upłynął w 2002 roku – mówi pan Wojciech, który czuje się pokrzywdzony. – Nie rozumiem, dlaczego przepadły prywatne pieniądze moich rodziców.
Tymczasem bank uznaje sprawę za zamkniętą. Książeczka trafiła do archiwum.
Monika Floriańczyk z Biura Prasowego PKO BP tłumaczy, że jeśli właściciel książeczki obiegowej, wydanej do 1992 roku, nie dokonywał na niej żadnych operacji przez pięć lat, a kwota oszczędności nie przekraczała minimalnego ustalonego wkładu, to umowa z klientem była rozwiązywana. Tak stanowił ówczesny regulamin.
Zgodnie z postanowieniem Narodowego Banku Polskiego z 1983 r., pierwsza wpłata na taką książeczkę nie mogła być mniejsza niż 100 zł (przed denominacją). I taka też minimalna kwota musiała zostać po podjęciu gotówki. W 1986 roku minimalny wkład podniesiono do 200 zł.
W 1992 roku regulamin się zmienił. Jak przypomina przedstawicielka banku, wtedy na koncie powinno się znajdować co najmniej 5 zł (liczone już po denominacji). A nasz czytelnik miał tylko 70 gr.
– W 1992 roku wszyscy właściciele książeczek obiegowych byli powiadamiani o zmianie regulaminu. Sami mogli zdecydować, co zrobić ze zgromadzonymi pieniędzmi: czy je wypłacić czy trzymać na koncie. Bank informował też, kiedy książeczki się przedawnią – mówi Monika Floriańczyk.
Pan Wojciech zastanawiał się nad skierowaniem sprawy do sądu.
– Nie byłoby to dla mnie opłacalne. Jestem jednak pewien, że nie tylko ja w ten sposób straciłem pieniądze – mówi czytelnik.
Bank nie podał nam, ile jest nieczynnych książeczek zakładanych w latach 80. i czy któryś z klientów zdecydował się na proces.