Z tego artykułu dowiesz się:

  • Czym charakteryzuje się program local content?
  • Jak local content może pomóc polskim firmom i polskiej gospodarce?
  • Co o local contencie sądzi polski biznes?
  • Czy podobne rozwiązania stosują już inne kraje?

Rząd uroczyście ogłosił w czwartek start programu „Local content, po pierwsze Polska”. Organizatorzy przetargów i zamówień finansowanych z pieniędzy publicznych, a więc spółki skarbu państwa, instytucje państwowe, ale też samorządy, tam, gdzie się da, będą teraz sięgać po polskie firmy, także prywatne. To wśród nich, z poszanowaniem zasad unijnych, będą w pierwszej kolejności szukać wykonawców swoich inwestycji.

Na programie „Local content, po pierwsze Polska” skorzystają firmy i gospodarka

– Przyjęta definicja komponentu krajowego jest syntetyczna i klarowna. To dobrze, dzięki temu unikniemy dyskusji interpretacyjnych. To bardzo potrzebne działanie, pamiętajmy, że polski rynek zamówień publicznych jest wart ponad 330 mld zł rocznie, czyli więcej, niż 9 proc. PKB – komentuje dla „Rzeczpospolitej” Joanna Makowiecka-Gatza, prezes Pracodawców RP.

Tłumaczy, że w interesie polskich firm i polskiej gospodarki jest to, aby w jak największym stopniu zamówienia realizowały właśnie krajowe przedsiębiorstwa. – Pracodawcy RP od początku popierali proces repolonizacji polskiej gospodarki i aktywnie uczestniczyli w pracach nad wypracowaniem dzisiaj ogłoszonej definicji. Ważne jest to, że działanie rządu w tym obszarze odbywa się z poszanowaniem zasad wspólnotowych, a kluczowe w powodzeniu całego projektu będzie zapowiadane odejście od dzisiaj dominującego kryterium, jakim jest najniższa cena – wskazuje szefowa Pracodawców RP.

Czytaj więcej

Krzysztof Adam Kowalczyk: Local content? Tak, ale bez trzymania pod kloszem

Jej zdaniem określenie w Kodeksie Dobrych Praktyk poziomu krajowości podmiotu za pomocą systemu wag jest dobrym rozwiązaniem, które pozwoli na jasne określanie tego, jacy przedsiębiorcy będą dysponować określonym poziomem „krajowości”. – Zrobiono dzisiaj ważny krok także w kontekście bezpieczeństwa kraju. W obecnej sytuacji geopolitycznej powinniśmy być możliwie samowystarczalni również w obszarze realizacji zamówień publicznych – przekonuje Joanna Makowiecka-Gatza.

– Program local content to dobra i potrzebna decyzja. Od dawna liczyliśmy na to, że środki z potężnych inwestycji publicznych będą mocniej wspierać polską gospodarkę. Mamy w kraju firmy, które dysponują nowoczesnymi technologiami i ogromnym doświadczeniem. Dotyczy to również branży gospodarki odpadami i zielonej energii, którą reprezentuje Eneris – mówi Dorota Włoch, prezes zarządu Eneris Surowce. Wskazuje, że do tej pory rodzimy biznes nierzadko musiał ustępować wielkim międzynarodowym graczom. – Systemowe wsparcie dla lokalnych dostawców wyrównuje te szanse i daje impuls do rozwoju. Polskie firmy bez wątpienia na tym zyskają, tworząc nowe miejsca pracy i zatrzymując kapitał w kraju – uważa Dorota Włoch.

– Kierunek jest dobry. Teraz chodzi o to, by to rzeczywiście zaczęło obowiązywać, by działało, a nie jak wiele innych programów w przeszłości zostało na papierze – mówi nam Maciej Złotowski, właściciel sieci hurtowni budowlanych Gold-Trade. Przekonuje, że kryteria programu powinny być jasne, czytelne i szybko egzekwowalne. – Osoby i instytucje odpowiedzialne za przyciąganie polskich firm do realizacji inwestycji finansowanych z pieniędzy publicznych powinny być z tego rozliczane. Nie tylko nagradzane, ale też, jeśli będą się źle wywiązywały z tych zadań, powinny ponosić tego konsekwencje – mówi Maciej Złotowski.

Chwali zapowiedź odejścia od kryterium ceny, które do tej pory bardzo często decydowało o wyborze danej oferty. – Powinny się liczyć także inne jej aspekty, choćby serwis czy gwarancja. Polskie firmy mogą je zagwarantować, bo są na miejscu, inaczej niż oferenci czy wykonawcy zagraniczni, którzy takich wymagań często nie spełniają – mówi prezes Gold-Trade. – W tych trudnych czasach dajmy się wykazać polskim firmom – namawia. I wskazuje, że na takim podejściu zyska też polski budżet państwa, bo polskie firmy płacą tu podatki, inaczej niż wiele firm zagranicznych, które transferują zyski za granicę, unikając naszego fiskusa.

– Co do zasady wydaje się, że założenia programu local content są słuszne i dają realną szansę i dodatkowe impulsy rozwojowe dla firm z sektora mikro, małych i średnich firm – ocenia Piotr Jastrzębski, współwłaściciel i wiceprezes zarządu spółki Podlaskie Konopie. – Nasza firma działa w branży rolnej, która jest jedną z kluczowych i strategicznych branż polskiej gospodarki. Ze względu na pogłębiający się kryzys klimatyczny, wojnę na Ukrainie, a teraz wojnę na Bliskim Wschodzie ostatnich kilka lat było naprawdę bardzo ciężkich i absolutnie nieprzewidywalnych dla naszej branży. W tym kontekście program local content może być w jakimś stopniu pomocny w konkurowaniu na globalnym rynku, w szczególności z bardzo tanią i wydajną produkcją z Ukrainy. Wydaje się też, że taka polityka ładnie wpisuje się w unijne programy skracania łańcucha dostaw, także w kontekście rolnictwa i żywności – mówi Piotr Jastrzębski.

Local content. Inni już to robią

– Taki program jest jak najbardziej potrzebny. Jesteśmy jednym z nielicznych krajów w Europie, który nie chroni swojego własnego rynku – mówi nam Tomasz Balcerowski, prezes spółki Ekoinbud. Wskazuje, że decydenci w sprawach przetargów czy zamówień, państwowe firmy i instytucje państwowe, a także samorządy nie dbają o to, by robiły to firmy lokalne. Zamiast tego wpuszczamy na nasz rynek firmy zagraniczne, gdzie bardzo często, szczególnie przy dużych kontraktach stajemy się podwykonawcami. Inwestycje realizowane są rękoma polskich robotników i polskich fachowców, polskich techników, inżynierów, polskich monterów, ale to te zagraniczne firmy spijają śmietankę, gromadzą tłuszczyk w postaci kapitału i rosną w siłę – mówi prezes Balcerowski. – Tymczasem ten kapitał powinien się kumulować się w polskich rękach, tak, żeby polscy przedsiębiorcy mogli budować przyszłość dla następnych pokoleń, żeby mogli budować siłę swoich firm, żebyśmy to my byli silni na tyle, żeby później czy to odbudować Ukrainę, czy to iść na inne rynki zagraniczne czeskie, skandynawskie, fińskie, słowackie – dodaje.

Czytaj więcej

Spór o TK między Pałacem a rządem nie dotyczy praworządności, tylko politycznej logiki

Przekonuje, że inne kraje lepiej sobie z tym radzą. Podaje przykład Hiszpanii, która chroniła swój rynek budowlany, dzięki czemu operujące na nim firmy zgromadziły kapitał i umiejętności i dziś z powodzeniem realizują duże inwestycje nie tylko u siebie, ale też na innych rynkach.

Już wcześniej o local contencie rozmawialiśmy z Krzysztofem Domareckim, założycielem i głównym akcjonariuszem Grupy Selena. – Local content to jest standard, który funkcjonuje we wszystkich krajach G-20 i szerzej, bo ich rządom i ministrom finansów zależy na tym, by pieniądz krążył w ich gospodarkach, a nie wyciekał na zewnątrz. W przypadku kraju, który zadłuża się tak szybko jak Polska, jest szczególnie potrzebne. W związku z tym ta inicjatywa jest jak najbardziej właściwa. I prawdę mówiąc powinniśmy tę zasadę stosować od 35 lat – skomentował prezes Domarecki. W jego ocenie local content to także potężny impuls, który będzie rozwijał polskie firmy. Nawet te, które być może nie robiły dotąd tak dużych kontraktów, jakie mogą teraz dostać. To szansa na rozwój polskiego biznesu.

– Bardzo dobrze, że coś takiego jest, bo do tej pory mówiło się, że kapitał nie ma narodowości, a to przecież nieprawda – oceniał też dla „Rzeczpospolitej” Ryszard Florek, założyciel i prezes firmy Fakro. Opowiedział też o swoich doświadczeniach z local contentem z czasów, gdy przed laty ze swoimi produktami wchodził na rynek szwajcarski. Okazało się, że jego tamtejsi kontrahenci woleli kupować miejscowe produkty, choć były one o 30 proc. droższe. – Wtedy tego nie rozumiałem, dziś wiem, że jeśli coś produkujemy w kraju i udaje nam się to sprzedać, to w ten sposób zwiększamy nasze PKB, tym samym zwiększając średnią wynagrodzeń, a więc płace dla naszych pracowników. Jeżeli nie będziemy myśleć o tym, żeby tego PKB, a więc wartości dodanej, było w Polsce jak najwięcej, to będziemy tylko wyrobnikami bogatych krajów zachodnich – tłumaczył Ryszard Florek.