Dwanaście. Tyle razy w „Rzeczpospolitej” rozstrzygaliśmy konkurs Orzeł Innowacji. Na dobrą sprawę można zapytać, dlaczego tak długo prowadzimy ten projekt. Przecież z innowacyjnością w Polsce ciągle jest tak sobie, a jednorożców i w ogóle zwalających z nóg osiągnięć start-upów mamy trochę mało. I tu się włącza stereotyp: patrzmy na Dolinę Krzemową. Tam to jest sukces, tam wszystko jest inaczej.

Odpowiadam: Orła Innowacji prowadzimy, bo chcemy. Bo wierzymy. Bo dopingujemy. I w dodatku niekoniecznie liczymy na wielkie, mocne sukcesy. Oczywiście, warto, żeby było ich jak najwięcej. Ale także liczymy na znacznie mniej efektowną transformację. A ona trwa i widać to po zgłoszeniach do Orła Innowacji.

W historii konkursu, obok ciekawych propozycji, znaczną część stanowiły projekty słabsze, niezbyt udanie próbujące odzwierciedlić światowe trendy. Niewiele wnosiły nowego pod względem innowacyjności tutaj, nad Wisłą. Teraz sytuacja jest inna – większość zgłoszeń, jakie dostajemy, to próby innowacyjnego wkładu do świata innowacyjności. Własne technologie, rozwiązania, pomysły biznesowe – to wszystko jest bardziej twórcze niż jeszcze parę lat temu. I, miejmy nadzieję, że któryś z nagrodzonych przez nas projektów rozwinie się naprawdę mocno. Zresztą z naszych kontaktów z dotychczasowymi laureatami Orła wynika, że decyzje kapituły jakoś się sprawdziły. Firmy działają, rosną, rozwijają swoje rozwiązania.

Wracając do Doliny Krzemowej. Pewnie, że chciałbym, by coś takiego powstało również nad Wisłą, byśmy mieli to globalne zagłębie technologii i innowacji. Tylko że o szansach na taką sytuację możemy w najlepszym razie dyskutować. Może więc warto z większą uwagą przyjrzeć się ewolucji, która zaszła właśnie na przykład w Orle Innowacji? Wykształcił się tutaj pewien model projektów być może niespecjalnie spektakularnych, które raczej nie zmienią losów świata. Ale mogą podnieść ogólny poziom polskiej innowacyjności czy rozwoju technologii. Czyli – bez punktowego, gigantycznego sukcesu (chociaż takiego każdemu życzę), ale ze stałym kierunkiem zmiany, rozwoju, parcia na transformację.

I to się pokrywa z ogólnym horyzontem polskiej gospodarki w ciągu ostatnich 30–40 lat. Gospodarki sukcesu, dodajmy. Ale jednocześnie ten sukces powstał w warunkach względnie równomiernego rozwoju, bez wystrzałów w rodzaju Doliny Krzemowej z jednej strony czy ze strony drugiej – bez analogii do wątpliwej jakości historii budowy gigantycznych pseudofirm przez moskiewskich oligarchów.

Teraz do tej wspinaczki na coraz wyższy poziom dokładają się start-upy. W jaki sposób? Właśnie niekoniecznie poprzez jednorożcowe sukcesy. Jednak cały ekosystem podnosi – żeby nie powiedzieć: ciągnie za sobą – dużą część innowacyjności polskiej gospodarki, potrzeby rozwoju technologicznego i poszukiwania nowych rozwiązań. Start-upy już nie są trampoliną do rozwoju technologii, są elementem, który ten rozwój determinuje.

Tutaj otwiera się szansa, którą warto wykorzystać. Bardzo istotną rolę w Polsce odgrywają firmy klasycznej gospodarki – od surowców po sektor rolno-spożywczy. To nie znaczy, że nie potrzebują one nowoczesnych rozwiązań. Czy zgłaszają się do nich start-upy? Zbyt często słyszę, że nie. I właściwie nikt nie wie dlaczego. Tutaj być może rodzi się jakiś kierunek dla innowacyjnych firm – otwarcie na tych, którzy w dużej gospodarce dużo znaczą. Może warto to sprawdzić. My przy kontynuacji Orła Innowacji na pewno będziemy temu kibicować. 

Marcin Piasecki redaktor zarządzający „Rzeczpospolita”