– Wczoraj o 7 rano Polska Agencja Żeglugi Powietrznej otworzyła niebo. Podobne decyzje podjęły służby żeglugi powietrznej w sąsiednich krajach. Mamy nadzieję, że ten koszmar mamy już za sobą – mówi „Rz” Grzegorz Hlebowicz, rzecznik Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.
Wczoraj po południu otwarte były praktycznie wszystkie europejskie porty. Nie oznacza to jednak, że ruch wrócił do poziomu sprzed wybuchu wulkanu na Islandii. Władze lotniska w Dublinie informują że sytuacja unormuje się w ciągu trzech dni, zarządcy londyńskiego Heathrow przyznają, że „może to zająć trochę czasu”.
Eurocontrol, unijna agencja zarządzająca europejskim niebem, szacuje, że wczoraj odbyło się do 21 tys. lotów z zaplanowanych 28 tys. Nad Polską przeleciało wczoraj ok. 50 proc. zaplanowanych lotów. Krajowe lotniska pracowały na pół gwizdka. Porty w Gdańsku i Krakowie przyjęły wczoraj ok. 50 proc. maszyn, które zgodnie z rozkładem powinny trafić na lotnisko, port wrocławski – ok. 60 proc., a warszawskie Okęcie – ponad 80 proc. Lotnisko w Rzeszowie miało obsłużyć osiem samolotów – przyleciały trzy. Od dzisiaj sytuacja ma się znacznie poprawić. Wrocław chce przyjąć wszystkie samoloty znajdujące się na rozkładach lotów, Kraków liczy na ok. 80-proc. frekwencję.
Po otwarciu ruchu na niebie wszyscy zabrali się do liczenia strat. Międzynarodowe Stowarzyszenie Przewoźników Lotniczych IATA szacuje, że odwołanie blisko 100 tys. rejsów pozbawiło europejskich przewoźników ok. 1,7 mld dolarów wpływów. Łączne straty branży spowodowane wybuchem islandzkiego wulkanu mają sięgnąć nawet 3 mld dolarów.
Zarówno IATA, jak i AEA (Zrzeszenie Europejskich Linii Lotniczych) oraz sami przewoźnicy zgodnie twierdzą, że odpowiadająca za ruch nad Unią agencja Eurocontrol i podległe jej agencje żeglugi powietrznej zbyt pochopnie podejmowały decyzje o zamknięciu lotnisk i przestrzeni powietrznych. A to zwiększyło straty. Same zresztą na tym traciły – nie pobierały opłat nawigacyjnych za przeloty, więc do ich kas nie wpływało ok. 25 mln euro dziennie.