Eksperci firmy konsultingowej nazywają to zjawisko „reshoringiem", w opozycji do terminu „offshoring", oznaczającego przeniesienie procesów produkcyjnych za granicę.
Jak wyliczają, do 2020 r. dzięki temu zjawisku w USA powstanie 3 mln miejsc pracy. A amerykański deficyt handlowy zmniejszy się w tym czasie do 260 mld USD, z 360 mld USD w ub.r.
Dla porównania, od kiedy w 2001 r. Chiny przystąpiły do Światowej Organizacji Handlu (WTO), do końca 2009 r., USA straciły na rzecz Państwa Środka około 2,4 mln miejsc pracy – szacował w ub.r. waszyngtoński ośrodek badawczy Economic Policy Institute.
- Koszty produkcji w Chinach rosną, a tymczasem konkurencyjność USA się zwiększa – przyznał Mei Xu, współwłaścicielka wytwórcy świeczek Chesapeake Bay Candle. Jeszcze w ub.r. firma produkowała wyłącznie w Państwie Środka, a dziś połowa jej mocy produkcyjnych mieści się w Stanach Zjednoczonych.
Xu tłumaczy, że rozbudowa mocy produkcyjnych w USA pozwoliła jej firmie lepiej reagować na zmiany popytu. Ograniczyła też opóźnienia związane z transportem i biurokracją wśród w chińskich urzędach celnych.
Nie wszyscy jednak wierzą, że reshoring okaże się trwałym zjawiskiem. – Tym, co zahamuje ten proces, będą działania chińskich władz, które zawsze znajdą sposoby, aby pomóc rodzimym producentom – powiedział Scott Paul ze Stowarzyszenia na rzecz Amerykańskiego Przemysłu (AAM).
Obecnie w amerykańskim Kongresie trwają prace nad ustawą, która pozwoli amerykańskim przedsiębiorstwom domagać się dodatkowych ceł na chiński import, aby w ten sposób zrekompensować straty, jakie ponoszą – zdaniem autorów projektu - wskutek zaniżania przez Pekin kursu juana. Chiny replikują, że ich waluta w ciągu roku umocniła się wobec dolara o ponad 5 proc., a przyjęcie w USA kontrowersyjnej ustawy mogłoby doprowadzić do wojny handlowej.