fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Święty Szczęsny Feliński: między Warszawą a Rzymem

Wikipedia
Metropolita warszawski, wbrew dyplomatycznym korzyściom, zrobił wszystko, by przekonać Stolicę Apostolską, żeby nie potępiała powstańców
Pan margrabia wciąż kroczy po linie" – śpiewał przed laty o Aleksandrze Wielopolskim Przemysław Gintrowski, wskazując na to, że taka postawa – na kontrze do gorących serc Polaków, ale i przeciwna próbom zrusyfikowania Polaków – musi doprowadzić do klęski. „Że spadłeś, to zwykły los Polski / Każdy w końcu z liny tej spadnie / Ale czemuś zapomniał Wielopolski, / Że upadać też trzeba ładnie" – uzupełniał bard. I w jakimś stopniu (może poza słowami o pięknym upadku) słowa tej niezwykle aktualnej piosenki odnieść można także do trudnego, bo osobnego (i pozostającego w sporze także z czysto politycznym realizmem margrabiego) patriotyzmu św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, metropolity warszawskiego, który robił wszystko, by do powstania nie doszło.
Był za to znienawidzony przez lud i duchowieństwo Warszawy. Wciągano go na listy „zdrajców ojczyzny". Ostatecznie jednak za obronę powstańców został przez cara zesłany do Jarosławia nad Wołgą i pozbawiony funkcji metropolity.
Osobności arcybiskupa nie należy sprowadzać do czysto politycznych kwestii. Tu nie chodziło tylko o wsparcie białych przeciw czerwonym. Arcybiskup, gdy na wniosek Piusa IX i za zgodą cara Aleksandra II objął w 1862 roku urząd metropolity warszawskiego, polemizował zarówno z białymi, którzy sprzeciwiali się powstaniu, licząc na poparcie sprawy polskiej przez państwa zachodnie (w co arcybiskup, dobrze znając Europę, zwyczajnie nie wierzył), jak i z czerwonymi, w których dostrzegał niebezpieczne tendencje przedkładania dobra rewolty społecznej nad dobrem Polski. I naiwną, wynikającą z kompletnej nieznajomości Rosji wiarę w to, że rewolucja mas chłopskich jest w tym kraju możliwa.
Uproszczeniem byłoby jednak sądzić, że u korzeni osobności patriotyzmu arcybiskupa leżał głęboko uwewnętrzniony konflikt między wiernością Kościołowi a ojczyźnie. Interesy Polski i Stolicy Apostolskiej – w wymiarze politycznym – pozostawały w tym czasie sprzeczne, dla Rzymu bowiem gwarancją bezpieczeństwa i możliwości (i tak ograniczonej) głoszenia nauczania katolickiego było zatrzymanie ruchów rewolucyjnych (często związanych z masonerią, ale i odrodzeniem narodowym) i utrzymanie geopolitycznego status quo. To ostatnie zaś opierało się, i nie sposób o tym zapominać, także na porozumieniu zawartym przez trzy potężne mocarstwa.

Patriota Kościoła

Jej odrodzenie byłoby możliwe (co zresztą pokazała historia) tylko wówczas, gdyby „stara Europa" została zmieciona z mapy świata i zastąpiona przez nowe imperia i nowe ideologie, które na sztandary – już wtedy – wciągały wrogość wobec religii, a wobec Kościoła w szczególności. To zatem, co dać mogło Polsce wolność, stanowiło zagrożenie dla wolności i misji Kościoła. Konflikt interesów był zatem oczywisty, a ktoś tak głęboko zakorzeniony w życiu Kościoła, jak arcybiskup Szczęsny Feliński, doskonale o tym wiedział.
Uznanie go za „patriotę Kościoła", który przedkłada dobro instytucji nad dobro ojczyzny, jest jednak niezgodne z prawdą. Metropolita warszawski, wbrew dyplomatycznym korzyściom, zrobił wszystko, by przekonać Stolicę Apostolską, już po wybuchu Powstania Styczniowego (a był przecież jego przeciwnikiem), żeby nie potępiała powstańców (choć nie ma co ukrywać, że geopolitycznie by się jej to opłacało) i zaprzestała oświadczeń w tej sprawie.
W niezwykłym liście do Sekretariatu Stanu arcybiskup Szczęsny Feliński wyjaśniał polską sytuację, która z włoskiej perspektywy (gdzie pragnienie zjednoczenia Włoch było sprzeczne z interesem Watykanu, a do tego prowadzone przez ludzi wrogich Kościołowi) mogła być zupełnie niezrozumiała. „Pragnienie niepodległości to jest ognisko, w którym się skupiają wszystkie promienie naszej egzystencji; forma rządu, dobrobyt narodowy i prywatny, szczęście osobiste, nawet religia, wszystko to blednie wobec płonącego zniczu patriotyzmu, to jest pryzmat, przez który widzi się tutaj wszystkie sprawy" – podkreślał arcybiskup. I udało mu się osiągnąć to, że Pius IX działań przeciwnych powstańcom nie podjął, a nawet ostro zaprotestował przeciwko rosyjskim okrucieństwom podczas dławienia powstania i wezwał cały Kościół do modlitw za nasz kraj.

W obronie rodaków

Wierność ojczyźnie, nawet w sytuacji, gdy dobrem Kościoła można by – całkiem zgodnie z prawdą – usprawiedliwić milczenie w sprawach politycznych, widać także w memorandum, jakie arcybiskup Feliński skierował do cara Aleksandra II w trakcie powstania. „W imię miłosierdzia chrześcijańskiego i w imię interesów obu narodów, błagam Waszą Cesarską Mość, abyś położył kres tej wyniszczającej wojnie" – pisał. I dodawał: „(...) więcej jest prawdziwej wielkości w przebaczeniu cofającym się przed rzezią niźli w zwycięstwie, wyludniającym kraj cały".  Zastrzegał jednak, że „Polska nie zadowoli się autonomią administracyjną, ona potrzebuje bytu niepodległego". Właściwy mu realizm polityczny skłaniał go zaś do uzupełnienia, że taka niepodległa Polska byłaby związana więzami dynastycznymi z Rosją.
List, który został opublikowany we Francji, został uznany przez Aleksandra II za zdradę i metropolitę warszawskiego skazano na dwudziestoletnie zesłanie. Ceną za ponowne objęcie katedry biskupiej miało być zerwanie kontaktów ze Stolicą Apostolską i zarazem zaniechanie wspierania polskiego patriotyzmu. Na takie propozycje arcybiskup odpowiedział krótko: „nie". Swoje credo wyłożył w memorandum skierowanym do cara. „Winić Polaków nikt nie może za to, że mając świetną i bogatą przeszłość historyczną wzdychają do niej i dążą do uzyskania niepodległości. Tego gorącego patriotyzmu nie można Polakom poczytywać za zdradę, a prób odzyskania niepodległości, powtarzających się od stu lat, Rosjanie nie mają prawa potępiać" – oświadczał.
Patriotyzm arcybiskupa był jednak obcy tradycji insurekcyjnej. Tę ostatnią potępiał on tylko nieco łagodniej niż młodszy od niego o kilka pokoleń Roman Dmowski. Świadczą o tym następujące słowa, jeszcze sprzed powstania: „...patriotyzm zasadzający się na gotowości porwania się na pierwsze zawołanie do oręża, by walczyć o niepodległość Ojczyzny, jest jałowy, a czasem nawet szkodliwy". I wskazywał, że w miejsce walki zbrojnej, powstania, potrzebna jest wielka przemiana duchowa, społeczna metanoja.
„Najważniejsza przeto jest praca nad dźwiganiem sił i zasobów narodowych, ale nie tylko materialnych i intelektualnych, ale przede wszystkim owych, naszemu narodowi właściwych zasobów, co odrębny charakter jego stanowią i tym samym zlać mu się z sąsiadami nie pozwalają" – zaznaczał. W programie duszpasterskim zaś uzupełniał: „starać się będę zaszczepić w narodzie cnoty publiczne i prywatne, które stanowią wielkość ludów".
Troska o wykształcenie duchownych (a nie było w tym czasie z nim dobrze), zakładanie czy sprowadzanie do Polski zgromadzeń zakonnych, które miały służyć najuboższym i wychowaniu dzieci, mocny nacisk na pracę parafii i formację trzeźwościową Polaków – miały umocnić w nich katolicyzm, którego pełne przeżywanie byłoby podstawą duchowego i narodowego przebudzenia. Przebudzenia, które jednak, wbrew powracającym zarzutom, nie byłoby rzymskie czy watykańskie, lecz polskie (co oznacza także wierne Stolicy Apostolskiej). „Polakiem jestem, Polakiem umrzeć pragnę, bo tego chce Boskie i ludzkie prawo, uważam nasz język, naszą historię, nasze obyczaje narodowe za drogocenną spuściznę po przodkach, którą następcom naszym święcie przekazać powinniśmy, wzbogaciwszy skarbnicę narodową własną pracą" – pisał do wiernych krótko po tym, jak został wprowadzony na stolicę biskupią.
Powstanie, obrona tych, którzy je wywołali, to wszystko sprawiło, że program duszpastersko-narodowy nie został wówczas zrealizowany, a arcybiskup poniósł polityczną klęskę. Zesłany do Jarosławia, gdzie sprawował posługę wśród wygnańców, nie wrócił już na swój urząd i w zasadzie do końca życia sprawował zwyczajną posługę duchownego (najpierw przez dwadzieścia lat na wygnaniu, a potem już w Polsce, ale z czysto formalną funkcją arcybiskupa Tarsu). Jego program duchowej, a nie nacjonalistycznej czy socjalistycznej, rewolucji także nie przyjął się w XIX wieku.

Za sprawą nawrócenia

Nie oznacza to jednak, że można tu mówić o klęsce. Program duchowego, a nie zbrojnego powstania, podjęli XX-wieczni następcy św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, czyli Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński i szczególnie Jan Paweł II. Obchody Tysiąclecia Chrztu Polski, i program odrodzenia i umocnienia polskiej pobożności kardynała Wyszyńskiego to właśnie przykład zrealizowanej strategii św. Zygmunta.
I podobnie można spojrzeć na pielgrzymki Jana Pawła II do niesuwerennej Polski. Te z roku 1979, 1983,1987 miały być rekolekcjami, w których nowi ludzie – a za ich pośrednictwem nowe państwo – zostaliby odpowiednio uformowani. Nie za sprawą rewolucji, ale nawrócenia. To, że w jakimś stopniu ten projekt się udał, zawdzięczamy także św. Zygmuntowi, którego wyniesienie na ołtarze w 2002 roku, podczas ostatniej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, jest jednak wskazaniem, że tamten XIX-wieczny postulat katolickiej rewolucji duchowej pozostaje wciąż aktualny.
Autor jest filozofem, publicystą, redaktorem kwartalnika „Fronda"
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA