fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Polityka pod lewicowym sztandarem

Tomasz Wróblewski
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Wielki projekt gospodarczy Jarosława Kaczyńskiego nie jest porywający dla ekonomistów ceniących sobie modele spójne intelektualnie i pobudzające wzrost.
Nie trzeba było Nobla z ekonomii, żeby z góry przewidzieć reakcje teoretyków na pisowskie projekty ustaw. Ale to, co zniechęca ekonomistów, może zachwycić wyborców.
Najlepszy dowód, że w ślad za debatą PiS kolejne partie – SLD i Ruch Palikota – planują debaty gospodarcze. Ale cała ta otoczka ekspertów reprezentujących różne opcje, szkoły ekonomiczne i grupy interesów to tylko trampolina do nagłośnienia programów. Niewiele mających wspólnego z hasłami dobrobytu, ale atrakcyjnych dla wszystkich, którzy wierzą, że los ubogich można poprawić odbierając bogatym. W programie Kaczyńskiego też nie chodzi o naprawę gospodarczą, ale o inną inżynierię społeczną.
Konsekwencji tego pakietu reform nie powinno się oceniać wyrywkowo. Pakiet – oskładkowanie elastycznych form zatrudnienia, publiczne wydatki na tworzenie miejsc pracy, oderwanie składek od indywidualnych wpłat na fundusz emerytalny, podatek obrotowy w handlu i sektorze finansowym bez ograniczania dotychczasowych form opodatkowania – to kompleksowa zmiana dotychczasowego systemu redystrybucji. Jeszcze większa interwencja państwa w nasze finanse. Jeszcze większe ubezwłasnowolnienie przedsiębiorców. I – co najważniejsze – ograniczenie naszej wolności.
Socjalistyczny polityk (bo za takiego uważam Jarosława Kaczyńskiego), z uderzającą lekkością zwykł mówić o redystrybucji. Tak jakby ludzie byli meblami, które można przesuwać z miejsca w miejsce dla lepszej aranżacji pokoju. I jakby ich pieniędzmi można było bezkarnie grać, tak jak rozgrywa się partię „Monopoly". Rzecz w tym, że ani człowiek nie jest rzeczą, ani rynek nie znosi biernie wszystkich tych manipulacji. Ostatnie 100 lat przyniosło nam zbyt wiele bolesnych dowodów, że im więcej redystrybucji – tym większa skala ubóstwa.
Gdybyśmy faktycznie zabierając bogatym mogli poprawić los biednych, to Szwecja pewnie nie wycofałaby się ze swoich wysokich podatków i bizantyjskich programów socjalnych. Nikt nie uważałby Margaret Thatcher i Ronalda Reagana za autorów największej prosperity po wojnie, a Baracka Obamy z jego socjalną redystrybucją za winnego największej plajty w historii świata. Gdyby tak było, dodatkowy podatek dla supermarketów nie podniósłby cen w sklepach ani nie zmniejszył zatrudnienia, tylko bez strat dla rynku przyniósłby większe wpływy do budżetu.
Ale tak nie jest. Jeżeli państwo coś zabiera, to ktoś musi stracić. Kiedy bolszewicy konfiskowali mienie fabrykantów i ziemię chłopów, to ani jedzenia, ani pieniędzy, ani nawet miejsc pracy nie robiło się od tego więcej. Przeciwnie, stopniowo musieli zaostrzać terror, żeby sobie samym zapewnić wyżywienie. Kiedy Hitler zamykał żydowskie sklepy, to nie stworzył więcej miejsc pracy w niemieckich sklepach.
W żaden sposób nie chcę przypisywać współczesnym socjalistom zbrodniczych intencji komunistów czy faszystów z poprzedniego stulecia. Ale warto przypomnieć, że i oni działali pod hasłami redystrybucji. Wierzyli, że odchudzając bogatych można utuczyć biednych.
Zrozumienie tego nie wymaga znajomości modeli makroekonomicznych. Wystarczy zdrowy rozsądek. Skonfiskować (czy redystrybuować, jak woli lewica), można tylko to, co już istnieje. Nie da się skonfiskować bogactwa, które powstanie w przyszłości. Z prostego powodu – drugi raz w tych samych warunkach bogactwo już nie powstanie. Koszty takiej operacji zostaną przeniesione na beneficjentów, na ubogich.
Podnoszenie podatków na usługi finansowe i handlowe bez zmiany dotychczasowych form opodatkowania oznacza wyższe ceny w sklepach. Mniej ludzi będzie stać na zakupy, spadną obroty i wkrótce podatek z trudem będzie rekompensował straty. To prawda, że szereg koncernów handlowych w ogóle nie płaci podatku, ekspediując zysk za granicę i wpisując wszystko po stronie kosztów. Ale co z tymi, ktorzy nie mają gdzie uciec? Oni nie ekspediują zysków.
Może wystarczyłoby naprawić absurdalny system podatkowy zamiast niszczyć biznes? Szwedzcy biznesmeni w latach 70. i 80. w okresie szalejącej redystrybucji przenosili się do Szwajcarii; to samo, po wprowadzeniu w ich kraju 50-procentowej stawki opodatkowania, zrobili niedawno brytyjscy milionerzy. I tak jak w Wielkiej Brytanii spadły wpływy podatkowe po podniesieniu podatków, tak w Szwecji po ich obniżeniu wzrosły wpływy do budżetu.
Gdyby wszyscy socjaliści różnych odcieni, którzy koniecznie chcą coś redystrybuować, chcieli budować zamiast niszczyć, powinni skoncentrować się na redystrybucji przywilejów. Na redystrybucji nagromadzonego i marnotrawionego bogactwa w postaci praw korporacji do zamykania dostępu do zawodów. Na Karcie nauczyciela, która nie pozwala na podnoszenie poziomu edukacji i w ten sposób odbiera szanse milionom Polaków. Gdyby tak skoncentrowali się na redystrybucji pieniędzy na przywileje emerytalne dla wybranych.
Ale to oznacza mniej pieniędzy przechodzących przez system państwowy, a więc uszczuplenie władzy polityków. Mniej kontroli. Prawdziwego celu, jaki przyświeca lewicowym politykom.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA