Kultura

Jerzy Bińczycki, troskliwy gospodarz

Jerzy Bińczycki w filmie
Archiwum
76 lat temu, 6 września 1937 roku, urodził się wybitny i popularny aktor Jerzy Bińczycki (zm. w 1998 roku)
Tekst z archiwum "Rzeczpospolitej"
"Dziękuję ci, serce moje, / że nie marudzisz, że się uwijasz / bez pochlebstw, bez nagrody, / z wrodzonej pilności. / Masz siedemdziesiąt zasług na minutę. / Każdy twój skurcz / jest jak zepchnięcie łodzi / na pełne morze / w podróż dookoła świata...". Strofy wiersza Wisławy Szymborskiej były ostatnim tekstem, który Jerzy Bińczycki przeczytał na scenie swojego teatru z okazji dziesięciolecia pierwszej w Krakowie transplantacji serca i olimpiady osób po przeszczepach. W osiem dni później, 2 października 1998 roku, ustało bicie serca aktora. Jerzy Bińczycki był wybitnym aktorem polskiego teatru, filmu, telewizji, radia. Od ukończenia w 1961 r. krakowskiej PWST grał role różnorodne - od Edka w "Tangu", przez Felicjana Dulskiego w serialu "Z biegiem lat, z biegiem dni..." Andrzeja Wajdy, po liczne postacie królów, filozofów, mędrców czy geniuszy. Aktor, reżyser, a od czerwca 1998 również dyrektor Starego Teatru w Krakowie, postrzegany był powszechnie jako troskliwy gospodarz Bogumił Niechcic. Ta rola w filmie i serialu "Noce i dnie" Jerzego Antczaka przyniosła mu największą popularność, utwierdzoną później postacią Profesora Wilczura w "Znachorze" Jerzego Hoffmana. Ostatni raz na planie filmowym Jerzy Bińczycki pojawił się jako Rózeczka w "Panu Tadeuszu" Wajdy.
- W teatrze - to miejsce w mojej działalności uważam za najważniejsze - byłem wykorzystywany w rolach osobników obcesowych, śmiesznych - mówił aktor w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej". - Takich, którzy budują konflikt na scenie. Obsadzano mnie kontrastowo - od świętego aż po postacie bardzo cyniczne". I dodawał: "Aktorstwo jest jednym z tych zawodów, w których zawsze chce się pracować, niezależnie od zmęczenia, stanu ducha i kondycji. Mamy w sobie od lat zakorzeniony obowiązek służenia publiczności. Ona nie może odejść od kasy, nie można jej zawieść. Świat się zawali, jak się odwoła przedstawienie. (...) nasza twórczość wymaga lojalności wobec zespołu - odpowiedzialności całej kompanii za wspólny wysiłek. Wyrobiona samodyscyplina nie pozwala nam przynieść zwolnienia L-4, położyć na biurku w koordynacji i powiedzieć: "Przepraszam, jestem chory, nie gram". To nie są argumenty. Cztery pierwsze lata zawodowe aktor spędził poza Krakowem - w Katowicach. Miał szczęście trafić na w spaniały zespół, przywieziony ze Lwowa przez Bronisława Dąbrowskiego. Bińczycki wspominał znakomity lwowski personel teatralny: od brygadiera sceny, maszynistów, inspicjentów, aż po reżyserów oraz aktorów, takich jak Zdzisław Hierowski, Bolesław Mierzejewski czy Halina Cieszkowska. Na scenie krakowskiego Starego Jerzy Bińczycki znalazł się w 1965 r. , wśród aktorów tworzących zawodową arystokrację, zapisaną w historii polskiego teatru i filmu, niekiedy jeszcze w latach przedwojennych. Stanął obok Kazimierza Fabisiaka, Tadeusza Wesołowskiego, Celiny Niedźwiedzkiej, Mirosławy Dubrawskiej, młodszych kolegów, jak Jan Nowicki. Oblicze tej sceny kształtował wówczas dyrektor Zygmunt Hübner. Tu właśnie debiutował Grotowski, inscenizowali i robili scenografie Kantor i Szajna. Pojawili się: Prus, Hussakowski, Grzegorzewski, Lupa. Na scenie stworzył ok. 170 ról. Był Czeladnikiem II w "Szewcach", Lebiadkinem w "Biesach", XX w "Emigrantach", von Besselerem w "Śnie o Bezgrzesznej", Baronem w "Garbusie", Tomaszem Becketem w "Mordzie wkatedrze", Agamemnonem w "Orestei", Filipem II w "Don Carlosie", Cześnikiem w "Zemście", Poloniuszem w "Hamlecie", Szefem Policji w "Ślubie", Pandesowną w "Rękopisie znalezionym w Saragossie", Panem w "Fauście". Pracował z najlepszymi reżyserami - Swinarskim, Hübnerem, Jarockim, Kutzem, Wajdą, Bradeckim. Grał w kilkudziesięciu spektaklach Teatru Telewizji oraz w wielu filmach: "Skok", "Sól ziemi czarnej", "Zaklęty dwór", "Szpital Przemienienia", "Dwie wigilie", "Panna z mokrą głową", "Dziennik dla moich ukochanych". Rola Bogumiła Niechcica w "Nocach i dniach" przyniosła artyście Główną Nagrodę Aktorską na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdańsku (1974) . Aktor z powodzeniem podejmował się też reżyserii ("Niedźwiedź", "Oświadczyny", "Queen Mary", "Śluby panieńskie") . Wybrany przez zespół aktorski na dyrektora Starego Teatru, poświęcał mu dużo myśli i sił. - Bardzo chciał pielęgnować ten teatralny ogródek, tak jak pieczołowicie dbał o własny - ujawnił Jerzy Trela. - Nowa funkcja była dla niego zbyt wielkim stresem i obciążeniem - mówił Jerzy Hoffman. Również zdaniem Anny Polony Jerzy Bińczycki wziął na swoje barki ciężar, który przerósł jego siły. - Uczynił to na prośbę kolegów, to niezwykle rzadki w środowisku przykład lojalności i przyjaźni - dopowiadał Józef Opalski. - Ogromnie żal. Żal też żyjących: dorastającego syna Jaśka, żony Elżbiety, że sami będą musieli borykać się w tym życiu - mówił Jan Nowicki, który uważał, że Jerzy Bińczycki poradziłby sobie z owym smutnym pseudokonfliktem między zespołem aktorskim a reżyserami Starego Teatru i okazałby się jego najtroskliwszym gospodarzem. I choć w zespole Starego Teatru trudno narzekać na brak silnych osobowości, Jerzy Bińczycki posiadł szczególny dar skupiania wielu z nich wokół siebie. Jego powiedzenia i kawały - zawsze wysublimowane i nikomu nie przynoszące szkody - przeszły do legendy. Pokłady humoru odłożone gdzieś na samym dnie postaci, znakomicie wykorzystywał na scenie, nawet w tragicznych rolach, które dzięki temu stawały się tak ludzkie i pełne. Październik 1998
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL