fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

TINA, Tusk i Orban

Piotr Skwieciński
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Konflikt Viktora Orbana z Unią polega przede wszystkim na tym, że kwestionuje on wyjmowanie kolejnych obszarów życia społecznego i gospodarczego spod władzy demokratycznego rządu - pisze publicysta
Premier Węgier Viktor Orban powiedział węgierskim ambasadorom w trakcie dorocznego spotkania z nimi, że Budapeszt wygrał konflikt z instytucjami europejskimi.
Co więcej, według niemieckiego „Die Welt" miał powiedzieć, że jego kraj zwyciężył w tej konfrontacji, bo „konflikty te zostały zaplanowane, przewidziane i przemyślane przez same Węgry", czyli przez jego rząd. Orban miał też zapowiedzieć, że spodziewa się kolejnych konfliktów, w których również zwycięży. Zasugerował, że mogą one wybuchnąć w związku z tym, iż jego rząd będzie chciał wyjąć spod zasad rynkowych sieci przesyłu wody, gazu i prądu. Dodał, że jego kraj udowodnił, że nie jest kolonią, i obejdzie się bez „niechcianej pomocy obcych".
To ostatnie zdanie odnosi się zapewne do 15-miliardowego (w euro) kredytu z MFW. Rząd węgierski rozpoczął negocjacje na ten temat, premier podkreśla jednak, że gospodarka w zasadzie tych pieniędzy nie potrzebuje, a Budapeszt chce ich jedynie po to, by przywrócić zaufanie inwestorów i zabezpieczyć się na wypadek załamania strefy euro.
Orban wypowiedział się też zdecydowanie przeciw unijnej strategii ratowania strefy euro, nazywając ją księżycową. I zasugerował, że obliczona jest ona przede wszystkim na realizację interesów Niemiec, które nie są tożsame z interesami Europy Środkowej.
Nie, nie będę tu wznosił peanów na cześć Orbana, co lubi robić wielu prawicowych polityków. Żałuję, ale mam za mało wiedzy, by stwierdzić, w jakim zakresie jego polityka jest słuszna, a w jakim jest przegięciem. Widzę oczywiście, iż samo przetrwanie węgierskiego rządu pod nieustającą kanonadą wszystkich brukselskich (i w jakiejś mierze waszyngtońskich) armat, w dodatku przy skomplikowanej grze z Moskwą (kolejne węgierskie zwody dotyczące gazociągów South Stream i Nabucco), jest sukcesem, którego dwa lata temu raczej się nie spodziewałem. Ale czy ogłaszanie przez Orbana ostatecznego zwycięstwa nie jest przedwczesne, czy nie jest przejawem zgubnej pychy?
Niezależnie jednak od tego, jak odpowiemy (czy: jak odpowie historia) na te pytania, musimy stwierdzić, że z samego faktu, iż premier Węgier pozwolił sobie na wypowiedź tej treści (nieprzeznaczoną co prawda dla mediów, ale ponad 100 węgierskich dyplomatów, to grono zbyt szerokie, by Orban mógł zakładać, że jego słowa nie wyciekną; można więc uznać, że co najmniej godził się z tym, iż zostaną upublicznione), wiele wynika. I to wynika dla nas, Polaków.

Co sobie o nas pomyślą?!

Po pierwsze - czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie polskiego polityka (i to z którejkolwiek formacji, czy to przez nas lubianej, czy nielubianej, euroentuzjastycznej czy eurosceptycznej), który potrafiłby wyartykułować coś podobnego do słów Orbana?
Ja osobiście nie jestem w stanie, i co więcej jestem przekonany, że nikt z czytelników też tego nie potrafi. A to z jednego, bardzo dla każdego polityka przekonującego powodu. Po wypowiedzeniu takich słów, gdyby miał władzę, straciłby ją. A gdyby był politykiem opozycji, zyskałby gwarancję, że pozostanie nim do końca swoich dni. Liderem ugrupowania opozycyjnego też zresztą zapewne przestałby być.
Polacy i Węgrzy lubią się. Łączą ich podobne przeżycia historyczne, do pewnego stopnia wspólne antypatie. Istnieją też pewne zbieżności w dziedzinie psychologii zbiorowej. Ale w tej ostatniej dziedzinie przeważają rozbieżności. I cała orbanowska epopeja, której wyrazistym elementem było skierowane do ambasadorów przemówienie premiera, dowodzi, że są one ogromne.
Otóż świadczy ona między innymi o tym, że Węgrzy są wręcz antytezą Polaków, jeśli chodzi o wrażliwość na to, „co sobie zagranica o nas pomyśli". Innymi słowy: mają znacznie mniejsze od Polaków kompleksy.
Może Węgrzy mają kompleksy równie potężne jak Polacy, tylko po prostu inne. Grunt, że najwyraźniej wśród Madziarów przeważa przekonanie, że nie są z definicji gorsi od wielkich narodów zachodniej części kontynentu. Że prawo zachodnich elit do wytyczania innym jedynie słusznej drogi nie jest wcale oczywiste. Że decyzja o wyborze innej niż wskazana drogi nie jest czymś z definicji kompromitującym. I że -last but not least -nie oznacza ona oczywistej klęski.
Dlatego Orban może prowadzić politykę taką, jaką prowadzi. Może przegra. Może w końcu odwróci się od niego większość. Ale nie stanie się to na skutek samego faktu konfliktu z zachodnimi elitami. Co w Polsce byłoby niestety oczywiste.

Wieczne terminowanie

Węgrzy są, jak się okazuje, wewnątrzsterowni. A my jako naród jesteśmy niestety zewnątrzsterowni. Strach przed tym, jak zostaniemy ocenieni przez tych, na których nam zależy (czytaj: przez zachodnie elity), wiąże nas psychicznie.
Jesteśmy notabene pod tym względem fenomenem. Nie zachowuje się tak nie tylko żaden wielki naród zachodni (ich narodowe psychiki działają wręcz odwrotnie -wyobraźmy sobie, jak zereagowaliby Francuzi na argument, „co sobie o nas pomyślą Niemcy", i oczywiście vice versa), ale i małe, bliskie nam narody środkowoeuropejskie (nie tylko Węgrzy, także i Czesi są znacznie od nas pewniejsi siebie).
Moim zdaniem ma to bardzo głębokie korzenie kulturowe. Polacy czują się wiecznie niepełnowartościowi jako Europejczycy. W jakiejś mierze czują się imitacją. I dopóki głęboko nie przepracują swojej autoświadomości, skazani będą na wieczne terminowanie, wieczne udowadnianie, że są godni znalezienia się w „lepszym towarzystwie", wieczne poczucie niepełnowartościowości.
Ważne są polityczne skutki tej psychologicznej pułapki. Te skutki to brak wiary we własne siły i strach przed własną podmiotowością. Oczywiście, odwrotną stroną medalu bywają próby przezwyciężenia tego chorobliwego stanu w sposób równie chorobliwy - czyli eksplozje przesadnej podmiotowości i demonstracje przesadnego poczucia siły. Nie są one jednak dominujące, dotyczą mniejszości i są rzadkie. Wywierają więc siłą rzeczy jedynie bardzo ograniczone skutki polityczne, podczas gdy dominujący polski kompleks kształtuje polską politykę w bardzo wielkiej skali.
Dlatego Orban może powiedzieć, że świadomie poszedł na konflikt z Unią, że wiedział, iż jego posunięcia go wywołają. Że przemyślał go zawczasu, a teraz -równie świadomie -planuje nowe posunięcia, które jego zdaniem leżą w interesie Węgier, a które wywołają kolejną wojnę z zachodnimi elitami. W Polsce nawet by o tym nie pomyślał.
Ale w całej tej sprawie jest jeszcze coś. Istotą nowoczesnego państwa jest ograniczenie władzy politycznej na rzecz niezależnych instytucji -powiedział w czwartek w Sejmie premier Tusk, tłumacząc zaniechania państwa w sprawie Amber Gold.
I nie sposób się z nim nie zgodzić. Taki istotnie jest trend ogólnocywilizacyjny. Ma on zalety i wady. Do tych ostatnich (moim zdaniem liczniejszych od zalet) zaliczam przede wszystkim wyjmowanie coraz to nowych sfer życia społeczeństw spod decyzji demokratycznie wybranych władz, a wręcz spod społecznej debaty. Bo po co debata, skoro i tak „niezależne instytucje" (będące rzecz jasna emanacją elit) zrobią to, co i tak być musi (bo przecież hasło epoki to TINA, czyli „There Is No Alternative").
Wzmocnienie tego trendu i takiego myślenia w krajach Europy Środkowej wspierają elity zachodnie, których emanacją są instytucje unijne. Wspierają, bo to leży w ich interesie. Bo „niezależne instytucje" w zdecydowanej większości wypadków służą ukompatybilnieniu naszego obszaru z obszarem zachodnim.
Ale ukompatybilnieniu nie tylko i nie przede wszystkim poprzez upowszechnianie dobrych standardów. Również i głównie poprzez realizowanie, zawsze i wszędzie, różnego rodzaju rozwiązań niekoniecznie zgodnych z interesem naszych narodów. Zgodnych natomiast z interesem krajów starej Unii i powiązanych z nimi naszych elit, których emanacją są „niezależne instytucje". Otóż konflikt Orbana z Unią polega przede wszystkim na tym, że premier Węgier kwestionuje doktrynę TINA. I kwestionuje wyjmowanie kolejnych obszarów życia społecznego i gospodarczego spod realnej władzy demokratycznego rządu. Chce natomiast przywrócenia treści demokratycznej polityce.
Nie znaczy to, że w niektórych sprawach nie może przesadzać czy błądzić (choć jak dotąd nie popełnił niczego, co dałoby się zakwalifikować jako złamanie prawa). Ale zasadniczo w konflikcie między zachodnimi elitami a premierem Węgier wszyscy demokraci, niezależnie od stopnia ich prawicowości czy lewicowości, powinni więc życzyć sukcesu temu ostatniemu.

Rozsychanie państwa

A demokraci z Polski powinni dodatkowo nad czymś poważnie się zastanowić. Powinni mianowicie pomyśleć, jak polityka naszego demokratycznie wybranego rządu i jego filozofia, otwarcie wyrażona w Sejmie przez premiera, ma się do demokracji.
Jak ma się do demokracji polityka rozsychania państwa, przekazywania coraz większych obszarów odpowiedzialności „niezależnym instytucjom". Co kończy się nie tylko kolejnymi ambergoldami, ale i realizowaniem na coraz większej ilości obszarów partykularnych polityk, zgodnych z interesem autonomicznych korporacji i elit, a wcale niekoniecznie -z interesem większości. I, co konsekwentnie zmierza do atrofii procesu demokratycznego, pozostawienia instytucji demokratycznych jedynie w roli sztafażu.
Refleksja ta byłaby smętna. Większości Polaków ta polityka bowiem nie przeszkadza. Nie przeszkadza przede wszystkim właśnie dlatego, że jest to trend zachodni, a spór z Zachodem jest ostatnią rzeczą, którą przeciętny Polak byłby skłonny zaakceptować.
Na taki konflikt, w imię przedstawionych powyżej wartości, godzą się natomiast Węgrzy. Sytuują się tym samym w centrum bardzo podstawowego sporu. I, wobec związanego z kryzysem osłabienia Unii, mogą (choć nie muszą) w tym sporze wygrać.
Polacy zaś, uciekając od tego sporu, po raz kolejny sytuują się peryferyjnie. Co najmniej w sensie intelektualnym.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA