fbTrack

Film

Amerykanie nakręcili horror o Czarnobylu

Czarnobyl. Reaktor strachu
Forum Film
Amerykanie nakręcili horror o Czarnobylu, a Europa Wschodnia nie rozliczyła się jeszcze z ukraińską tragedią – pisze Barbara Hollender
Zdawałoby się, że nie ma dla kina bardziej dramatycznego tematu niż eksplozja reaktora atomowego w Czarnobylu. Przeraźliwa katastrofa przez pierwsze godziny ukrywana przez władze, potem miasto ewakuowane w jedną noc, poświęcenie ratowników, dramaty zwykłych ludzi, setki osób skazanych na powolną śmierć po napromieniowaniu. A jednak pierwsze filmy o tej tragedii powstały dopiero po 25 latach. "Czarnobyl. Reaktor strachu" - czytaj recenzję filmu
Rosjanin Aleksander Mindadze zrobił „W sobotę", gdzie akcja toczy się tuż po wybuchu, w ciągu jednej doby, 26 kwietnia 1986 roku. Komunistyczny rząd chce ukryć informacje o katastrofie, miasto żyje normalnie. Jeden z inżynierów, który był świadkiem wybuchu, idzie na wesele i bawi się wśród ludzi, których promieniowanie skazało na śmierć lub chorobę, choć oni jeszcze o tym nie wiedzą. Film Mindadze staje się alegorią systemu, z którego nie ma ucieczki. Zobacz fotosy z filmu Drugi obraz powstał w koprodukcji francusko-izraelsko-polskiej. Michele Boganim w „Znieważonej ziemi" pokazała szokujące obrazy miasta widma, w którym straszą opustoszałe, wyniszczone blokowiska i wyschnięte konary drzew. Sportretowała też dawnych mieszkańców Prypeci tęskniących za własnym miejscem na ziemi, nieumiejących gdzie indziej zbudować życia od nowa.
Na świecie wielkie traumatyczne wydarzenia trafiają na ekran szybko. Bo sytuacje ekstremalne odzierają z masek, ujawniają prawdziwe charaktery, ze zwykłych ludzi czynią bohaterów lub tchórzy. - Potrzeba było czasu, aby zabliźniły się najbardziej bolesne rany - mówił Oliver Stone po premierze filmu „World Trade Center". Ale było to zaledwie pięć lat po ataku terrorystycznym z 11 września 2001 roku. W tym samym okresie Paul Greengrass zrealizował paradokumentalny, wstrząsający „Lot 93". Jeszcze szybciej trafił do kina huragan Katrina. Zaledwie rok po nim, w 2006 roku, Spike Lee pokazał dokument „When the Levees Broke: A Requiem in Four Acta". Niezależny reżyser Michael Almereyda zrobił „New Orleans, Mon Amour", którego scenariusz oparty na własnym doświadczeniu napisała Katya Apekina, wolontariuszka z Nowego Orleanu. W „Hurricane Season" Forest Whitaker rok po katastrofie tworzył szkolny zespół koszykarzy. Thriller „In the Electric Mist" z Tommym Lee Jonesem i Johnem Goodmanem, którego akcja toczyła się się w zrujnowanym przez huragan mieście, nakręcił Francuz Bertrand Tavernier. „Himizu", pierwszy film o Fukushimie, trafił do kin we wrześniu 2011, pół roku po wybuchu reaktora. Reżyser Sono Sion poszedł w nim pod prąd oficjalnej propagandy. Opowiedział o ludziach żyjących na zgliszczach, w tymczasowych namiotach, oszukanych przez rząd, pozbawionych nadziei, coraz bardziej sfrustrowanych i agresywnych. Dlaczego takie filmy nie powstawały od razu po tragedii czarnobylskiej? Okoliczności wybuchu były ukrywane przez władze radzieckie, ale nawet po transformacji twórcy do tematu nie wrócili. - Katastrofa nuklearna przeraża ludzi, także artystów -  twierdzi Ryszard Bugajski, twórca mocnych filmów polityczno-społecznych. - Może za wcześnie było na dotykanie spraw tak bolesnych? A może filmowcy nie mieli pomysłu? Zabrakło na ekranach filmu ukraińskiego, a „Znieważoną ziemię" zrealizowała mieszkająca w Paryżu reżyserka z Izraela. - Myślę, że w naszej części Europy nie potrafimy opowiadać o swoich najważniejszych sprawach - mówi Dariusz Jabłoński, współproducent obrazu Boganim. - Zbyt często przyglądamy się własnej duszy, a odwracamy wzrok od świata. Przez lata żyliśmy w Polsce w cieniu lotniska w Szymanach, a potrzebny był dopiero geniusz Jerzego Skolimowskiego, by powstał o tym film. Ważne niemieckie rozliczenia z komunizmem „Życie na podsłuchu" i „Good bye, Lenin!" zostały zrealizowane przez Niemców z zachodu, nie ze wschodu. Dziś na ekrany wchodzi czarnobylski horror zrobiony przez Amerykanów, a my wciąż czekamy na własne rozliczenia z tym pełnym cierpienia dramatem. To wielki temat. Żeby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać „Czarnobylską modlitwę" Swietłany Aleksijewicz o ludziach ze skażonej zony.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL