fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Saksofonista Steve Coleman gwiazdą festiwalu Jazzarium

Steve Coleman
Archiwum autora, Marek Dusza m.d. Marek Dusza
Na wtorkowym koncercie w Novym Kinie Praha saksofonista Steve Coleman pokazał, jak z saksofonu zrobić instrument perkusyjny.
Trio Reflex amerykańskiego saksofonisty Steve'a Colemana wystąpiło w drugim dniu Jazzarium Fest przyciągając niewielką publiczność, a barierą dla potencjalnych słuchaczy mógł być nie tylko trudny dojazd na Pragę, ale i wysokie ceny biletów.
Współtwórca nurtu M-Base był już w Polsce w trio na początku lat 90. w klubie Akwarium, później z grupą Five Elements i w 1997 z Kubańczykami współtworzącymi The Mystic Rhythm Society. Dawno nie słyszeliśmy go na żywo, a słychać było, że jego muzyka przeszła ewolucję. Trio Reflex wydaje się najbardziej radykalnym i kontrowersyjnym z jego zespołów. Zaprosił do niego dwóch ambitnych, młodych muzyków. Pianista David Virelles oddał się wyłącznie tworzeniu rytmów na fortepianie i elektronicznej klawiaturze. Dlatego niewiele można powiedzieć o jego talencie, nad którym rozpływają się amerykańscy krytycy. Natomiast Marcus Gilmore jest prawdziwym odkryciem. Występował już u nas z triem pianisty Vijaya Iyera, ale na wczorajszym koncercie pokazał kunszt wirtuozerii i nieograniczoną wyobraźnię w tworzeniu rytmów na kilku różnych poziomach. I to zarówno w łatwiejszych rytmach parzystych, jak i szybkich, nieparzystych, za którymi trudno było nadążyć. W tym zespole ma z pewnością więcej swobody.
Największym zaskoczeniem był sam Steve Coleman, którego gra ograniczyła się do rytmicznego frazowania, a przecież nie z takiej roli znamy w jazzie saksofon. To była lekcja, jak utopić melodię w rytmach. Aż musiałem później przypomnieć sobie go w nagraniach sprzed lat, kiedy grał przede wszystkim melodyjnie opierając się na nieparzystych rytmach. I to wyróżniało go na tle innych saksofonistów. Tym razem odarł muzykę z tego, co miłe i łatwo wpadające w ucho – właśnie z melodii. Z pewnością tworzenie harmonii wyłącznie na bazie rytmu jest trudniejsze dla wykonawcy, ale słuchanie także wymaga zaangażowania. Niestety, strumienie rytmicznej improwizacji szybko stały się nudne.
Był  tylko jeden moment, kiedy na kilkanaście taktów Coleman „odleciał" w ekspresyjnej solówce i był to najlepszy fragment koncertu. Niemal dwie godziny kontrolował się, by bardzo dokładnie odmierzać  saksofonowe frazy. Stukał nawet głośno klapami saksofonu, jakby podkreślał, że tylko o rytm mu chodzi. Pod koniec koncertu zaczął podśpiewywać, czy to była jedyna możliwa forma przywołania melodii?
Coleman jest znakomitym saksofonistą, jego gra ujmuje brzmieniem instrumentu, perfekcją techniki. Tak było kiedyś. Teraz zagalopował się w swoich M-Base'owych teoriach, a bez melodii nie ma improwizacji. Wiedzą o tym nawet najbardziej zagorzali zwolennicy free-jazzu z jego twórcą Ornette'em Colemanem na czele.
Mając na świeżo w pamięci występ Sonny'ego Rollinsa we Wrocławiu mogę potwierdzić, że o niebo wolę jego szukanie perfekcyjnych nut i harmonii w koronkowych, niełatwych improwizacjach. We wtorkowy wieczór ze sceny Jazzarium Fest wiało chłodem, a jedyne ciepłe myśli kieruję w stronę perkusisty Marcusa Gilmore'a.
W czwartek 24 listopada w tym samym miejscu na Jazzarium Fest wystąpi znakomity saksofonista i kompozytor Henry Threadgill & Zooid i spodziewam się duźo lepszego koncertu
Marek Dusza
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA