fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Lewica potrzebuje koalicji jak kroplówki

Jędrzej Bielecki
SLD i Ruch Palikota mogą nie przetrwać czterech lat w opozycji. Dlatego bardzo chcą podczepić się pod porozumienie PO – PSL
Jedną z pierwszych deklaracji Leszka Millera po wygranych przez niego wyborach na szefa Klubu SLD były słowa, że partia jest gotowa zawrzeć koalicję z Platformą Obywatelską. Miller argumentował, że jego Sojusz jest ugrupowaniem nowocześniejszym niż PSL, więc Donald Tusk znajdzie w nim lepszego partnera do modernizacji Polski.
Słowa Millera – jednego z najbardziej doświadczonych polskich polityków – nie były propagandowym frazesem, ale przemyślanym komunikatem.
Na dodatek Miller nie miał uprawnień – będąc szefem klubu, lecz nie partii – aby składać deklaracje w imieniu całego ugrupowania.
Ale dla obserwatorów ze świata polityki jego słowa są całkowicie jasne.
– On dramatycznie potrzebuje sukcesu – mówi jeden z polityków lewicy. Miller potrzebuje czegoś, co spoi stojącą na granicy rozpadu partię.
Gdyby SLD miał większy klub parlamentarny, dobrą metodą byłaby zdecydowana opozycja wobec rządu i zabieganie o poparcie niezadowolonych. Na to jednak Sojusz dziś jest za słaby.  – Potrzebujemy kroplówki  – mówi nasz rozmówca.
Koalicja mogłaby być idealną kroplówką. Kilka stanowisk wiceministerialnych i szereg posad w administracji państwowej rozwiązałoby problem zatrudnienia dla kogoś z ponad 20 posłów Sojuszu zeszłej kadencji, którzy teraz nie dostali się do Sejmu.
A szeregowi działacze dostaliby sygnał, że w partyjnej spiżarni są jeszcze jakieś konfitury.
Czy oferta Millera zostanie przyjęta? Wszystko wskazuje na to, że nie. Przynajmniej nie w formie oficjalnej koalicji.
Może się jednak zdarzyć, że za poparcie SLD w kluczowych głosowaniach niektórzy byli posłowie Sojuszu znajdą zatrudnienie w instytucjach podległych administracji państwowej. – Koalicji z SLD nie będzie, ale ten drugi wariant może być realny – mówi "Rz" ważny polityk PO.
Perspektywa czterech lat w opozycji skłania do podobnych zabiegów także Janusza Palikota. Tuż po wyborach stwierdził, że jest gotów poprzeć rząd. Dodał, że może wskazać kandydatów na ministrów spośród bezpartyjnych fachowców. Oraz że żaden z jego posłów nie będzie pchał się do rządu.
Te słowa zostały odebrane jako demagogiczne podkreślanie, że Ruch Palikota nie jest zwykłą partią polityczną, lecz bardziej organizacją społeczną. Sęk jednak w tym, że Palikot zdradził swój polityczny plan.
Lider Ruchu znalazł się w położeniu Andrzeja Leppera. Spośród 41 jego posłów nie ma ani jednego, który mógłby pełnić funkcje ministerialne. Na dodatek duża część klubu to osoby przypominające posłów Samoobrony: bez doświadczenia w działalności politycznej bądź społecznej, mało wyrobione intelektualnie, czasami o podejrzanej przeszłości.
Palikot, który otwarcie przyznaje, że jego ambicje sięgają najwyższych godności, wie, że z tymi ludźmi nie ma szans na większy sukces. Chce wymienić większość z nich przed następnymi wyborami. Udział w rządzie pozwoliłby przyciągnąć do Ruchu osoby bardziej kompetentne.
Wtedy oni byliby jedynkami na listach Palikota, a nie budzący kontrowersje biznesmeni.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA