Wywiady i rozmowy

Ksiądz Jerzy nie dzielił Polaków

Adam Woronowicz na planie zdjęciowym "Popiełuszki". Premierę filmu zaplanowano na jesień 2008 roku
Photopass.pl, Mariusz Szachowski Mariusz Szachowski
Adam Woronowicz o roli księdza Jerzego w filmie "Popiełuszko" Rafała Wieczyńskiego
Rz: Czy przygotowywał się pan do roli księdza Popiełuszki w specjalny sposób?
Adam Woronowicz: Tydzień spędziłem w warszawskim seminarium, w którym uczył się ksiądz Jerzy. To było wejście w inny świat. Dzień wcześniej graliśmy na festiwalu w Kaliszu "Miarkę za miarkę". W hotelu, w którym nas zakwaterowano, była dyskoteka. Młodzież bawiła się do białego rana. A następnego dnia ujrzałem kilkudziesięciu innych chłopaków, którzy klęczą przed Najświętszym Sakramentem w kompletnej ciszy i pytają Boga o sens życia. Żyją innym rytmem, sprzyjającym refleksji. Jakie pan miał refleksje?
Pochodzę z bardzo religijnej rodziny, z Białegostoku. Pamiętam, że jako nastolatek często stawiałem sobie pytanie, co zmienić w Kościele, żeby przyciągał więcej młodych ludzi, jaki powinien być ksiądz, jaki arcybiskup itd. Podczas pobytu w seminarium dotarło do mnie, że oczekując wiele od duszpasterzy, sam dla żadnego z nich nie zrobiłem nic. Nie zapytałem, czy mogę pomóc, nie zaprosiłem do domu. I druga myśl - że jednym z wielkich wyrzeczeń w posłudze kapłańskiej jest zgoda na samotność. Mam wobec takiej odwagi pokorę i szacunek. Chciał pan zostać księdzem? Myślałem kiedyś o tym, ale będąc w wieku, gdy człowiek co miesiąc zmienia plany życiowe. Poznałem wielu wspaniałych duszpasterzy, mam przyjaciela w diecezji białostockiej. Jest jednym z tych, którzy uformowali moją osobowość. Ks. Popiełuszko był najważniejszym kapelanem "Solidarności". Jak pan zapamiętał sierpniowy zryw? Byłem zbyt młody, by rozumieć, co się dzieje. Ale w powietrzu wisiało coś wyjątkowego, rodzice byli inni, bardziej radośni. A potem stan wojenny to wszystko zniszczył, zgniótł. Pamiętam też inny moment: mam 11 lat, stoję przed prosektorium i wyjeżdża z niego nyska z ciałem księdza Popiełuszki, które przez kilka dni przechowywano w Białymstoku. Dla mojej rodziny on był bohaterem. Rodzice jeździli do Warszawy na msze za ojczyznę. W każdym domu, który odwiedzaliśmy, stał obrazek z jego wizerunkiem. Czy bohatera gra się trudniej? Bałem się, że to mnie przerośnie. Wszystkie znane mi środki wyrazu wydawały się nietrafione. Kiedy grałem scenę, w której mówię do robotnika: "Spróbuj zaufać Bogu, jest trudno, boisz się, wiem...", czułem, że klepię tekst, że tylko udaję dobrego człowieka. Proszę się nie śmiać, ale pomógł mi Al Pacino. Czytałem jego biografię, w której mówi, że aktor, gdy nie umie poradzić sobie z rolą, powinien wykorzystać w jej budowaniu to wszystko, co mu przeszkadza. Mnie przeszkadzało poczucie, że gram postać silną i odważną ponad ludzkie możliwości. Musiałem zacząć myśleć o tym człowieku na nowo, odnaleźć źródło jego postawy. Wreszcie dotarło do mnie, że on po prostu głęboko wierzył w ludzi, nie dzielił Polaków na złych zomowców i dobrych opozycjonistów. W każdym starał się dostrzec dobro. Było wtedy w Polsce wiele nienawiści, on widział dramat tych podziałów. Chciałbym być chociaż w jednej setnej tak otwarty na drugiego człowieka, ale to trudne, gdy jest się aktorem. Jesteśmy skupieni przede wszystkim na sobie, mamy mało czasu, nawet dla najbliższych. Jak pan ocenia dzisiejsze podziały w Polsce? To koszmar. Dwóch facetów szczeka na siebie, tylko dlatego że mają inne poglądy polityczne. Ta atmosfera jest szczególnie męcząca dla młodych. Wchodzą w dorosłe życie i widzą, co ich czeka. Marne grosze, nieuczciwe układy. Jeśli w to wejdą, nie będą mogli spojrzeć w lustro. Jeśli nie - będą klepać biedę. Dlatego wyjeżdżają za granicę. A pan czemu się nie ustawił? Mógłby pan z powodzeniem, jak koledzy z roku, grać w telenowelach... Zawsze byłem przekorny. Wszyscy nosili adidasy, to ja breki; oni trampki, ja sandały. Poza tym szybko się nudzę, nie wytrzymałbym grania tej samej postaci przez kilka lat. To wyjaławia. Oczywiście, wszystko ma swoją cenę. Chciałeś mieć fajny samochód, to nie narzekaj, że cię zaszufladkowali jako pana Zdzisia z serialu. A jeśli nie chcesz grać w tasiemcach, nie płacz, że jeździsz starym rzęchem i pozostajesz anonimowy. Kiedy czytam wywiady z gwiazdami seriali, mało widzę w nich radości z aktorstwa. Bez niej nie umiałbym zagrać nawet epizodu. Gdzie prowadzi pana kariera? Nie myślę o tym. Może to kwestia wiary, a może taki mam charakter, że im dłużej jestem aktorem, tym więcej jest we mnie spokoju i pewności, że dokonuję właściwych wyborów. Ten zawód jest zaborczy, trzeba mieć - jak mówią piłkarze - parcie na bramkę. Ja nie mam, ale dobrze mi z tym. MA 33 LATA, urodził się w Białymstoku. Dziesięć lat temu ukończył studia aktorskie w warszawskiej Akademii Teatralnej i trafił do Teatru Rozmaitości. W TEATRZE POWSZECHNYM gdzie pracuje od 2001 r., znakomicie zagrał m.in. w "Kształcie rzeczy" (nagroda Feliks Warszawski) i "Słomkowym kapeluszu" (Nagroda im. Aleksandra Zelwerowicza). Świetnie przyjęto także jego role w Teatrze Telewizji, szczególnie w "Pamiętniku z Powstania Warszawskiego" Białoszewskiego (aktorska Grand Prix na festiwalu Dwa Teatry i Nagroda im. Stefana Treugutta) oraz "51 minutach" Villquista (nagroda honorowa Dwóch Teatrów). PUBLICZNOŚĆ KINOWA zna go m.in. z filmu "Chopin. Pragnienie miłości" Jerzego Antczaka, w którym zagrał postać Maurycego, syna George Sand.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL