fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ustrój i kompetencje

Gminy niechętne izbom rolniczym

Fotorzepa, Dariusz Pisarek Dariusz Pisarek
Lokalne władze nie chcą pokrywać kosztów przygotowania list wyborczych do samorządu rolniczego. Domagają się też zmian w finansowaniu samych izb oraz usprawnienia ich działania
Wybory do izb rolniczych – obowiązkowego samorządu rolników – zaplanowano na 3 kwietnia. W każdej gminie będą wybrane jedna lub dwie osoby, w zależności od wielkości użytków rolnych w gminie. Po raz pierwszy jednak wyboru dokonywać będą płatnicy podatku rolnego posiadający co najmniej 1 hektar gruntu (do tej pory prawo wyborcze mieli wszyscy płatnicy podatku rolnego, a więc także działkowcy).
Za przygotowanie spisu wyborców izby rolnicze płaciły wynagrodzenie pracownikom urzędów gmin. W tym roku, zgodnie z interpretacją Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, jest to zadanie delegowane gminom na mocy ustawy. Izby za sporządzanie list nie muszą więc płacić. To budzi sprzeciw części samorządowców.
Lech Szopiński, wójt gminy Mircze, uważa, że przygotowanie spisu wyborców dla izb nie wchodzi w zakres obowiązków pracowników samorządowych. Za dodatkową pracę musi zapłacić wynagrodzenie. Apeluje więc do innych samorządowców, aby nie zgadzali się na przygotowanie spisów wyborców do izb rolniczych.
20 mln zł to roczny budżet samorządu rolniczego
– Nie chodzi o kliknięcie w klawiaturę komputera i wydrukowanie spisu płatników podatku rolnego, ale o wyodrębnienie z ewidencji tych, którzy mogą głosować. To wymaga nakładu pracy – wtóruje Lech Bojko, wójt gminy Werbkowice. Mariusz Zając, burmistrz Tyszowiec, narzeka, że jest to kolejny obowiązek, który nałożono na gminy, nie zapewniając finansowania.
Samorządom gminnym nie podoba się też sposób finansowania izb. Od momentu ich powołania w 1995 r. gminy, na mocy art. 35 ust. 1 pkt 1 ustawy o izbach rolniczych, mają obowiązek odprowadzać na ich rzecz 2 proc. wpływu z podatku rolnego. Np. w wypadku gm. Mircze jest to kwota od 32 tys. do 35 tys. zł rocznie, w wypadku Tyszowiec – ok. 20 tys. zł. Średnio gminy płacą od kilku do kilkunastu tysięcy rocznie.
Przedstawiciele gmin coraz głośniej mówią, że choć utrzymują izby, nie dostrzegają, aby w znaczący sposób rozwiązywały problemy rolników. Nie wiedzą, jak są wykorzystywane ich składki. Narzekają na słabą aktywność delegatów.
– Jednego delegata znam, jak się nazywa drugi – nie wiem. Nie zauważyłem, aby byli zaangażowani w problemy rolników, nie przypominam sobie, by uczestniczyli w którejś sesji rady – mówi Lech Bojko.
– Nie przypominam sobie jakiejkolwiek pomocy z ich strony. Przeciwnie, odmówili nam wsparcia w szacowaniu szkód rolniczych. Przez cztery lata wydaliśmy na nie około 150 tys. zł. Za te pieniądze moglibyśmy utrzymać przedszkole lub wyremontować drogę i rzeczywiście pomóc rolnikom – twierdzi Lech Szopiński.
Także sami rolnicy nie mają większej wiedzy na temat roli, jaką odgrywają izby. Świadczy o tym choćby niska frekwencja w ostatnich wyborach w 2007 r. Nie przekroczyła kilku procent, choć były gminy, gdzie głosowało kilkadziesiąt osób. Nie ma też wielkiej konkurencji wśród kandydatów.
– Było dwóch i tylu zostało wybranych, a frekwencja była szczątkowa – potwierdza Józef Demendecki, wójt gm. Dołhobyczów.
– Powiem wprost. Czasami wystarczy, że na kandydata zagłosuje rodzina – mówi Lech Szopiński.
Samorządy coraz głośniej opowiadają się za zmianą zasad finansowania izb. Postulują np., aby to rada gminy w drodze uchwały decydowała o przystąpieniu do izb rolniczych i ich finansowaniu.
Konwent Wójtów Gmin Wiejskich Województwa Kujawsko-Pomorskiego uważa zaś, że izby rolnicze, jako samorząd zawodowy rolników, powinny być zorganizowane tak jak inne samorządy zawodowe, czyli finansowane ze składek własnych samych rolników. Tylko finansowanie izby przez swoich członków spowoduje, że będą one autentycznym i autonomicznym samorządem rolników.
– Dziś członek izby nie czuje się z nią związany. Żenująco niska frekwencja podczas wyborów o tym świadczy – mówi Jan Wadoń, zastępca wójta gm. Wielgie.
Izba to rozbudowana struktura. W każdej gminie ma jednego lub dwóch delegatów, struktury w każdym powiecie i województwie oraz centralę w Warszawie.
Wojciech Petera, rzecznik prasowy zarządu Krajowej Rady Izby Rolniczej, nie potrafi odpowiedzieć, ilu izba ma delegatów w kraju ani jakim rocznym budżetem dysponuje. Tłumaczy, że to dane zmienne. Sami przedstawiciele Izby Rolniczej przyznają, że pomimo rozbudowanych struktur ich pozycja nie jest za wysoka.
Ustawa o izbach określa, że ich rola to: opiniowanie, sporządzanie analiz, przyjmowanie stanowisk, reprezentowanie polskich interesów rolników na arenie międzynarodowej.
Działacze uważają, że aby izby cieszyły się poważaniem rolników, powinny mieć bezpośredni wpływ np. na ustalanie cen żyta i produktów roślinnych, na ostateczny kształt ustaw rolniczych i okołorolniczych. Pożądana byłaby również możliwość prowadzenia działalności gospodarczej z przeznaczeniem dochodów na cele statutowe.
– Jednocześnie dzięki izbom rolniczym, które wniosły poprawki i uwagi do wielu aktów prawnych, rolnicy są w dużo lepszej sytuacji, niż gdyby tych izb nie było. Rocznie opiniujemy kilkaset aktów prawnych – broni izb Andrzej Górczyński, prezes Łódzkiej Izby Rolniczej i członek zarządu władz krajowych izby.
Inny wysoki działacz izby dodaje, że rolnik może się nie orientować w tym, kto go reprezentuje. O wpływy na wsi konkurują związki zawodowe rolników i organizacje rolnicze, a samorząd zawodowy – aby działał skutecznie – powinien być jeden.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA