Styl życia

Przyjęcie z niespodzianką

Monika Małkowska
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że najlepszym sposobem na zawieranie bliskich znajomości są przyjęcia. Te w lokalach zawsze mają bardziej oficjalny charakter - natomiast proszona kolacja w domu oznacza niemal zażyłość. To też niezawodny sprawdzian, czy warto podtrzymywać znajomość.
Tym razem gospodarze prosili o punktualność ze względu na menu. Na razie trzymali je w sekrecie. Wszyscy goście, w sile ośmiu osób, dostosowali się do prośby. Przyjęła nas zaaferowana pani domu: mąż jeszcze nie dotarł. Chyba ze zdenerwowania zapomniała przedstawić sobie zgromadzonych. Pan domu wpadł pół godziny później. Zziajany, wymięty i w fatalnym humorze.
- Jezu, muszę się natychmiast napić, bo umrę! - zagroził. Czym prędzej polaliśmy mu remedium. Podziałało szybko. Przed chwilą sflaczały, przeobraził się w błyskającą oczyma bestię. - Zabiję gnoja, po prostu zabiję! - powarkiwał. Niepewni, kogo wybrał na ofiarę, zbiliśmy się w gromadkę. Wkrótce wyszło na jaw, że adresatem pogróżek był kolega z pracy, aktualnie nieobecny. Wówczas pani domu dyskretnie się oddaliła w stronę kulinarnej niespodzianki, pozostawiając małżonkowi zabawianie gości. Gospodarz miał w repertuarze anegdoty z pracy. Ich bohaterem okazał się wyżej wzmiankowany kolega - gamoń, szuja, intrygant.
Rozweseleni, czekaliśmy na danie główne. W tym momencie z kuchni nadszedł dramatyczny komunikat: niespodziankę diabli wzięli. Spaliła się na węgiel. Trudno. W zastępstwie zaoferowano nam pozostały z poprzednich dni krupnik (naprawdę wyborny, bo krupnik, jak bigos, z każdym odgrzaniem zyskuje na smaku) oraz sałatę. Klapnięta zielenina nie prezentowała się zachęcająco. Poza tym już na oko było widać, że nie starczy jej dla wszystkich - każdy więc szarmancko rezygnował z przydziału na rzecz pozostałych. Za to powodzeniem cieszyły się sery, paluszki grissini oraz fistaszki - wykwintny zestaw pod wino. Atmosfera robiła się coraz swobodniejsza. Nawet ci, którzy spotkali się po raz pierwszy, spełnili bruderszafty. Aż tu nagle nasz włodarz raptownie wstał, palnął się w czoło i przejmująco wrzasnął: - Jaki dziś dzień?! - Piątek trzynastego - opowiedzieliśmy chórem. - Chryste Panie, na śmierć zapomniałem! Przecież szef zapraszał na drynia! Ja was kochani serdecznie przepraszam - zwrócił się przybyłych - ale tu sami swoi, zrozumiecie mnie. Nie mogę nawalić szefowi. Dziunia, podaj gościom rozchodniaczka i ogarnij się szybko. Jeszcze zdążymy. Zniknął w sąsiednim pokoju, żeby w ciszy zadzwonić do szefa. - Melduję zakończenie robót - naszych uszu dobiegł jego pełen entuzjazmu głos. - Jestem już w domu, momencik, a przybiegamy. Wiem, wiem, że nie ma pośpiechu, ale do dobrego towarzystwa człowiek aż się rwie. Należy się nam trochę rozrywki! Po chwili wychynął w nowej koszuli, odświeżony. Pożegnał nas wylewnie. A jednak mieliśmy niespodziankę. A także o parę znajomych mniej.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL