fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Bugaj: Wyplątywanie ubezpieczeń społecznych z OFE

Fotorzepa, Justna Cieślikowska Justna Cieślikowska
Obecny system jawnie preferuje interesy pewnej grupy biznesu, ignoruje zaś interesy wielkich grup społecznych – pisze publicysta i ekonomista
Rządowe propozycje zmian w systemie ubezpieczeń to nie tyle reforma, ile ratunkowe działania w zakresie finansów publicznych. W tej propozycji zmiana ubezpieczeń jest tylko produktem ubocznym zabiegów mających powstrzymać zadłużenia przed progiem 55 proc. PKB. Oczywiście, ratowanie finansów publicznych jest istotne również dla emerytów. Jeżeli polskie państwo okaże się niewypłacalne, to ucierpimy wszyscy – także emeryci. Państwo ani nie będzie zdolne do wywiązania się z gwarancji wobec ZUS, ani nie będzie miało środków na to, by wykupić obligacje, które sprzedało po to, żeby przekazać składkę do OFE.
[wyimek]Balcerowicz, broniąc integralności OFE, proponuje, by zapłacili przede wszystkim „biedni ludzie”[/wyimek] Interwencja finansowa rządu polegająca na obniżeniu wysokości składki trafiającej do PTE (powszechne towarzystwa emerytalne, czyli spółki zarządzające OFE – red.) – a więc zmniejszenie potrzeb pożyczkowych Skarbu Państwa – rozwiązuje problem formalnego liczenia deficytu i długu. Ale nie wiadomo jeszcze, czy rynki przyjmą to do „akceptującej wiadomości”. Nie można wykluczyć, że ocenią rządowy zabieg (jeżeli uchwali go Sejm) jako zamiatanie śmieci pod dywan – tym bardziej że tak widzi sprawę wielu analityków.
Rząd uniknąłby konsekwencji przekroczenia progu, ale nie negatywnej reakcji rynku w postaci żądania wyższego oprocentowania od pożyczanych przez państwo pieniędzy. [srodtytul]Kto zapłaci za kryzys[/srodtytul] Czy nie można więc rozwiązać kwestii nadmiernego długu w sposób wiarygodny dla rynków? Leszek Balcerowicz nie ma wątpliwości, że można. Zna sposób: sprywatyzować prawie wszystko i natychmiast obniżyć różne uprawnienia socjalne, oszczędzając na wydatkach. Niestety, sugestie Balcerowicza są – w najlepszym razie – wysoce kontrowersyjne. Nawet jeżeli przyjmiemy, że ze świata nie przyjdą szczególnie złe wiadomości (np. niewypłacalność Hiszpanii) – czego wykluczyć nie sposób – to za obecny kryzys (choćby to było tylko obniżenie tempa wzrostu) ktoś musi zapłacić. Balcerowicz proponuje, by zapłacili przede wszystkim „biedni ludzie”. Stoi za tym – całkowicie nieprawdziwa – diagnoza, że Polska jest „przesocjalizowana”, finanse publiczne rozdęte, a państwo gnębi bogatych. Rząd PO myśli podobnie, ale na głowie ma wybory i jest skłonna do pragmatyzmu (niektórzy posłowie i ministrowie nie godzą się też na rolę liberalnych cyborgów). To przesądza o tym, że wprawdzie rząd podnosi VAT, ale też poszukuje działań, które dla „zwykłych ludzi” nie byłyby szczególnie dolegliwe. Jest też trzecia droga – trzeba wyraźnie powiedzieć, że zapłacenia kryzysowego rachunku uniknąć się nie da i powinien on zostać uregulowany przede wszystkim przez tych, których na to stać, czyli zamożniejszych. W latach 20. XX wieku zrobił tak Władysław Grabski, tak też się stało w USA w okresie wielkiej depresji lat 30. W Polsce za wyborem tej drogi przemawiają szczególne okoliczności: wielkie nierówności i rozbudowane przywileje grup najzamożniejszych. Reformę ubezpieczeń trudno traktować oddzielnie od stanu finansów publicznych i od kwestii kosztów kryzysu (także od niekorzystnych uwarunkowań demograficznych), ale to nie znaczy, że w obrębie samego systemu ubezpieczeń nie ma problemów. Tymczasem przeważa następująca narracja: świat nas podziwia za dalekowzroczne zmiany, które wprowadziliśmy od 1999 roku, a teraz „oni”, z pobudek oportunistycznych, chcą to popsuć. Zmiany wprowadzone w 1999 roku, a uchwalone – co dedykuję posłom SLD – w roku 1997, są wyjątkowo niefortunne. Nie polegały one na tym, by system ubezpieczeń społecznych uzupełnić o system ubezpieczeń komercyjnych. Sednem zmian było pomieszanie obu systemów. Doprowadziło to do ustanowienia rozbudowanych przywilejów dla prywatnych ubezpieczycieli. Grupa podmiotów (w przytłaczającej większości zagranicznych) uzyskała rodzaj zbiorowego monopolu na przejmowanie bardzo dużej części składki ubezpieczeniowej i pobieranie gigantycznych potrąceń z tej składki (początkowo nawet 10 proc.!). Ustanowiony został system, w którym – w praktyce – PTE zarabiają wiele, nawet gdy ubezpieczeni dużo tracą (tak było w 2009 r.). W tym systemie ubezpieczeni są jeszcze bardziej ubezwłasnowolnieni niż w ZUS. Ubezpieczony w ZUS przyszłe świadczenie ma ex ante określone. Oczywiście gwarancją jest tylko stabilność prawa, ale w demokracji emeryci są silni i trudno jest uzyskać polityczne przyzwolenie na jego niekorzystną zmianę. Składka odprowadzona do PTE stwarza podstawę do nadziei na przyszłe (może nawet wysokie) świadczenie, ale gwarancji nie daje. Wszystko zależy od stanu rynków finansowych – szczególnie giełdy. Z tym, jak wiadomo, bywa różnie. W ostatnim dziesięcioleciu było nieźle. Ba, w bardzo długim okresie (np. 100-letnim) kursy giełdowe stosunkowo dużo urosły. Wielu na tej podstawie prognozuje wysokie stopy zwrotu z odprowadzanej składki w przyszłości. Jednak nie ma dobrych podstaw, by zakładać (w roku 2011!), że kursy giełdowe będą systematycznie i szybko rosły w ciągu najbliższych 20 – 30 lat, a ponadto (a to dużo ważniejsze) kursy te podlegają głębokim wahaniom (podczas wielkiej depresji w USA spadły one o… 90 proc.). W tym systemie możliwe są sytuacje, gdy dwóch ubezpieczonych, którzy wpłacą do PTE tę samą kwotę, otrzyma świadczenia… w różnej wysokości, jeżeli jeden z nich uzyska świadczenie w okresie hossy, a drugi – bessy. I nic na to poradzić nie można. Nie pomoże podniesienie poziomu wiedzy ekonomicznej ubezpieczonych. Nie tylko dlatego, że zróżnicowanie przychodowości PTE jest niewielkie, ale przede wszystkim dlatego, że nie istnieje możliwość „pokonania” giełdowego indeksu (nie potrafią tego nawet najlepsi doradcy finansowi), a jego wysokość nie zależy od ubezpieczonych. Nie można też odnieść sukcesu na drodze zalecanej przez „GW” – utworzenia bezpiecznych funduszy z kapitałami tych, którzy są blisko emerytury. Takie fundusze zabezpieczają nie tylko przed wielkimi stratami, ale i przed… wysokimi zyskami. Jeżeli ktoś do takiego funduszu wejdzie z dużym kapitałem, to z dużym wyjdzie. I odwrotnie. Mówiąc trywialnie: wysokość świadczenia w zreformowanym systemie jest w znacznej mierze funkcją zdarzeń losowych. Jedni mogą dużo wygrać, inni wiele stracić. Taki jest rynek. To jego siła, ale też powód, dla którego nie powinien rządzić ubezpieczeniami społecznymi. [srodtytul]Od biedniejszych do zamożniejszych[/srodtytul] Ale to niejedyny mankament. Drugi jest rzadko dostrzegany, choć ma kapitalne znaczenie. W obecny system wmontowany został wewnętrzny mechanizm redystrybucji od biedniejszych do zamożniejszych. Świadczenia (w zasadzie także w ZUS) są proporcjonalne do wysokości zgromadzonego kapitału, ale czas ich pobierania jest zróżnicowany. Zależy od tego, jak długo różni ludzie żyją. Ale wiemy, że – statystycznie – żyją tym dłużej, im wyższe wcześniej mają dochody (związane są z tym na ogół zachowania prozdrowotne). Względnie zamożniejsi z kasy funduszy ubezpieczeniowych wyjmują więc w proporcji do nagromadzonych kapitałów więcej niż grupy mniej zamożne. W systemie, który określa się jako ubezpieczenia społeczne, ma miejsce redystrybucja, która byłaby niemożliwa w systemie ubezpieczeń rynkowych i dobrowolnych. [srodtytul]Królestwo Boże na ziemi?[/srodtytul] No i kolejna sprawa – system ten jest w bardzo długim okresie wyjątkowo kosztowny dla budżetu państwa. Decydują o tym dwa przede wszystkim czynniki: konieczność finansowania przez wiele lat „podwójnego ubezpieczenia” (na wypłatę bieżących świadczeń i na kumulację kapitałów ubezpieczeniowych w II filarze) oraz wysokie koszty samych PTE (które za „przechowywanie” obligacji skarbowych pobierają słone opłaty). Oczywiście dotychczasowy Fundusz Ubezpieczeń Społecznych nie może tych kosztów udźwignąć. Potrzebne są wielomiliardowe ekstradotacje budżetowe. Wielu utrzymuje, że to celowa inwestycja. Co więcej, część tych samych ekonomistów (szczególnie Leszek Balcerowicz) uważa, że należy radykalnie obcinać inne wydatki, byle uchronić integralność PTE. Pewnie nic nie może zachwiać tak gorącym uczuciem do PTE, które dotknęło niektórych. Obecna dyskusja o przebudowie ubezpieczeń to nie tylko spór intelektualny. To także gra interesów. Zastanawiające, że ustanowiony został system jawnie preferujący interesy pewnej grupy biznesu i ignorujący interesy wielkich grup społecznych. Jak to możliwe, że zgodzono się na system (byłem wtedy w Sejmie, ale głosowałem przeciw), w którym od sum zainwestowanych w obligacje można było pobierać tak wysoką marżę! Dlaczego przyjęto, że wydatki na tę reformę zostaną sfinansowane z prywatyzacji (nie wiadomo zresztą, czemu dochody z tego tytułu miałyby sfinansować akurat zmiany w ubezpieczeniach)? Dlaczego twórcy systemu nie protestowali, gdy w 1998 r. PTE podjęły zmasowaną i kłamliwą kampanię reklamową? Wielu ludzi naprawdę uwierzyło, że nowy system będzie Królestwem Bożym na ziemi. Ci, którzy de facto o tym przesądzili, powinni dziś skorzystać „z możliwości bycia cicho”. Nie chcą. Nie milczą, nawet ci, którzy są – w dosłownym sensie tego słowa – beneficjentami tej „reformy”, bo za pieniądze reprezentują interesy PTE, zasiadają (lub zasiadali) w radach nadzorczych PTE. Podobno (chętnie przyjmę do wiadomości zaprzeczenie) przygotowują też dla PTE lukratywne opracowania.[wyimek]Balcerowicz, broniąc integralności OFE, proponuje, by zapłacili przede wszystkim „biedni ludzie”[/wyimek] Prawdziwym skandalem jest spot telewizyjny wyprodukowany za pieniądze PTE (czytaj: ubezpieczonych), w którym zachęca się ludzi, by „bronili swoich pieniędzy”, tak jakby były one w ich dyspozycji. To zwykłe kłamstwo. Nikt nie może pójść do PTE i wycofać swojej wpłaty. Może uzyskać – po osiągnięciu wieku emerytalnego – świadczenie na podstawie nagromadzonego kapitału, ale nieznana jest ani kwota kapitału, ani „przelicznik”. [srodtytul]Decyzję zostawmy ubezpieczonym[/srodtytul] System drugofilarowy nie może być składnikiem ubezpieczeń społecznych. Ale powstały już fakty, których ignorować nie można. Drugiego filaru nie da się po prostu zlikwidować. Potrzebny jest program wyplątywania ubezpieczeń społecznych z drugiego filaru. Nie oznacza to, że zabezpieczenie na starość nie powinno mieć członu komercyjno-rynkowego. Na pewno powinien on istnieć i zyskiwać na znaczeniu, ale jego wspieranie nie powinno prowadzić ani do demontażu ubezpieczeń społecznych, ani do budowania uprzywilejowanego systemu dla prywatnych ubezpieczycieli. Ubezpieczenia komercyjno-rynkowe powinny być dobrowolne, co nie wyklucza zachęt podatkowych. Czy propozycje rządu to krok w kierunku „wyplątywania” ubezpieczeń społecznych z II filaru? Tak, ale nie jest to krok najlepszy. Rozsądna jest formuła waloryzacji składek księgowanych w ZUS wieloletnią stopą wzrostu PKB, bo to wzrost PKB będzie określał możliwości finansowania świadczeń. Argument, że w ZUS są wirtualne pieniądze, jest tyleż prawdziwy, co bałamutny. Krótko mówiąc, nie ma powodu zakładać, że państwo oskubie emerytów, jeżeli gospodarka będzie się rozwijała. Ale też nic nie uratuje nas przed obniżką realnych świadczeń (również z PTE), jeśli gospodarka będzie dołowała. Rozsądniej byłoby – zamiast urzędowo obniżać udział PTE w składce na emeryturę – pozostawić decyzje w tej sprawie ubezpieczonym (w szerokim przedziale, np. od 2 do 10 punktów procentowych). Absolutnie konieczne są decyzje, których – z powodu uwarunkowań politycznych – rząd nie podejmuje: zwiększenie wieku emerytalnego (trzeba powolutku tę normę podnosić) czy pobieranie składek od dochodów dzisiaj z tego zwolnionych (nie tylko od rolników, ale też od samozatrudnionych czy otrzymujących dochody z honorariów i zleceń). Jest też problem przełamania faktycznego monopolu PTE przez jego… deregulację. Na razie tego wszystkiego rząd nie zamierza zrobić. To zasługuje na krytykę. Ale ktoś taki jak Balcerowicz powinien być bardziej powściągliwy. Chodzi przecież o działania, które należało podjąć wtedy (w latach 1998 – 2000), gdy był on – jako lider UW – wicepremierem rządu. [srodtytul]Mimo wszystko ulga[/srodtytul] Słychać dziś, że zmiany forsowane przez rząd liberalni fundamentaliści spróbują zablokować przy pomocy Trybunału Konstytucyjnego. A przecież to raczej obecny system jest niekonstytucyjny. Jak się mają jego reguły np. do drugiej części art. 2 Konstytucji, który brzmi: „Rzeczpospolita Polska (…) urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej”. Żeby było śmieszniej: te same osoby domagają się np. natychmiastowego cofnięcia uprawnienia do wcześniejszych emerytur i piętnują – ze względu na rzekome naruszenie umowy społecznej – możliwości ograniczenia wysokości składki przekazywanej do PTE. Ale śmieszne to nie jest, bo Trybunał Konstytucyjny (np. stosunkiem głosów 7 do 8) już nieraz dawał dowód, że jest instytucją ekscentryczną. Rządowe propozycje są produktem pragmatycznych liberałów, którzy trochę się boją wyborców socjalnych i nie chcą się narazić swoim zwolennikom, w obecnym systemie mającym się dobrze. Propozycje są w każdym sensie połowiczne. Trudno się nimi zachwycić, jednak gdy się pomyśli, że do tej roboty mogliby się zabrać zwolennicy twardego liberalizmu, to odczuwa się ulgę. [i]Autor jest ekonomistą i publicystą, był twórcą i liderem Unii Pracy. Społecznie doradzał prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu w sprawach gospodarczych[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA