fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Katastrofa smoleńska: katalog polskich błędów

ROL
Co szwankowało po polskiej stronie 10 kwietnia w czasie feralnego lotu prezydenckiego Tu-154 do Smoleńska?
Na temat lotników Tu-154 w ostatnich dniach wypowiadają się akredytowany przy rosyjskim Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym (MAK) Edmund Klich i doświadczeni piloci tupolewów: płk Robert Latkowski oraz płk Stefan Gruszczyk. Nie mówią rzeczy nowych, ale warto ich słuchać, bo są uznanymi ekspertami. Słuchając ich, trzeba pamiętać o tym, co podkreślał w rozmowie z „Rz” (11.12.2010 r.) Klich: „Ciągle mówi się o błędach pilota, ale on jest przecież produktem systemu. To superwymówka: piloci są winni, po sprawie”.
Oto katalog polskich błędów, które mogły przyczynić się do katastrofy:
 
 
Lotnicy Tu-154 nie imponowali doświadczeniem. Nie byli zgrani, bo w tym składzie wylatywali z Okęcia dopiero drugi raz w życiu. Nikt z nich nie trenował awaryjnych sytuacji na symulatorze tupolewa. Wszystko to wynika ze stanu 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, w którym brakowało i samolotów, i pilotów.
Trzy dni przed katastrofą Arkadiusz Protasiuk, dowódca załogi podczas feralnego lotu, leciał do Smoleńska jako drugi pilot. Były dowódca 36. specpułku Robert Latkowski i były dowódca eskadry w pułku Stefan Gruszczyk twierdzą, że taka sytuacja jest niedopuszczalna. Chodzi o to, żeby lotnikom nie mieszały się zadania, które mają do wykonania pierwszy i drugi pilot. Pilotowanie to nie tylko wiedza, ale też nawyki.
 
 
Lotnicy poderwali samolot z Okęcia, nie mając prognozy pogody z lotniska docelowego. Ostatnio pojawiają się informacje, że kapitan Protasiuk był przeciwny startowi z powodu kiepskich warunków. Miał zmienić zdanie po rozmowie z dowódcą Sił Powietrznych gen. Andrzejem Błasikiem. Pisał o tym „Fakt”, powołując się na Edmunda Klicha. Poza „Faktem” nie ma innego źródła, które twardo potwierdza tę informację. Bezsporne jest natomiast, że to gen. Błasik witał prezydenta na pokładzie, choć, zgodnie ze zwyczajem, powinien robić to kapitan samolotu.
 
 
Eksperci pytają, dlaczego wśród członków załogi nie było rosyjskiego nawigatora wojskowego, czyli lidera. Powinien być – tupolew leciał na przestarzałe, zamknięte lotnisko wojskowe. Z prośby o lidera zrezygnował 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego. Dowódcy uznali, że załoga potrafi prowadzić komunikację z wojskowymi kontrolerami po rosyjsku.
 
 
Tymczasem, jak mówił w TVN 24 płk Gruszczyk: „Załoga nie znała języka i procedur obowiązujących na rosyjskich lotniskach. (…) Jedyną osobą, która w miarę potrafiła się porozumieć, był Arkadiusz Protasiuk”. Skończyło się na tym, że kapitan, zamiast skupić się na lądowaniu, musiał wykonywać pracę nawigatora.
Nie wiadomo, jak dobrze Protasiuk znał „lotniczy” rosyjski. Eksperci nie mają pewności, czy zrozumiał kluczową komendę „posadka dopołnitielno”, która nie była zezwoleniem na lądowanie.
 
 
Płk Gruszczyk twierdzi, że załoga nie znała procedur obowiązujących na rosyjskim lotnisku wojskowym. Być może ma rację – samolot nie podawał kontrolerowi wysokości. Zgodnie z procedurą powinien to robić. Lotnisko nie było wyposażone w system lądowania ILS, a na przestarzałych radarach wysokość samolotu nad ziemią widać tylko w przybliżeniu.
 
 
Eksperci podkreślają, że komunikacja w kokpicie nie przebiegała normalnie. Piloci zgodnie z instrukcją powinni potwierdzać wykonanie poszczególnych czynności. Jak mówi Gruszczyk: „Załoga przestała istnieć, drugi pilot przestał istnieć, tam była cisza. Nie mieści mi się w głowie sposób podejścia do lądowania”.
 
 
Podczas lotu łamane były: instrukcja pilotowania tupolewa oraz instrukcja Head (dotycząca przewożenia VIP-ów). Zgodnie z ostatnią lot nie może być wykonywany poniżej warunków do startu i lądowania ustalonych dla pilota, samolotu i lotniska. Znaczy to, że tupolew nie miał prawa podchodzić do lądowania przy tak złej pogodzie.
Nie miał także prawa schodzić poniżej tzw. wysokości decyzji (wysokości, na której pilot musi zdecydować, czy ląduje, czy odlatuje), czyli w tym przypadku 120 metrów. Tymczasem na wysokościomierzu radiowym wysokość decyzji ustawiono na 60 metrów. Powstaje więc pytanie, czy instrukcji nie łamano świadomie. Płk Gruszczyk mówił w TVN 24: „Z tego, co wiemy, oni zawsze ustawiali na 60”.
Zgodnie z instrukcją Head w kokpicie nie powinno być osób postronnych, takich jak gen. Błasik (chyba że zgodę wyda kapitan). W ocenie Gruszczyka i Latkowskiego generał samą obecnością wywierał presję na załogę.
 
 
Ze stenogramów wynika, że załoga zbyt późno rozpoczęła zniżanie i goniła ścieżkę podejścia. W związku z tym tupolew miał znacznie większą szybkość zniżania, niż powinien. Klich w wywiadzie dla „Rz”: „Gonienie ścieżki często jest jedną z przyczyn, które składają się w finale na katastrofę”.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA