Kraj

Coraz bliższy powrót czerwonych Bourbonów

Donald Tusk ucieka od decyzji, jakiej chce koalicji. Taka taktyka pomaga SLD bardziej niż jakiekolwiek debaty Kaczyńskiego z Kwaśniewskim
Fotorzepa
Platformersi, usprawiedliwiając się z mezaliansu, jakim byłaby koalicja z SLD, wskazują, że to Jarosław Kaczyński sojuszem z Samoobroną złamał niepisany nakaz unikania przez prawicę wiązania się z siłami wywodzącymi się z PRL. Grubo się mylą. Postkomuniści nie rozliczyli się z żadnego ze swoich grzechów. Przykryli je tylko podłączeniem się do chóru krytyków Kaczyńskich - pisze Piotr Semka, publicysta "Rzeczpospolitej"
Debata Kaczyński - Kwaśniewski z nową mocą przypomniała racje zwolenników IV i III RP. Liderzy Platformy Obywatelskiej ponownie stanęli przed koniecznością odpowiedzi na pytanie, do jakiej koalicji - i tym samym wizji Polski - chcą się przyłączyć. Na razie jednak deklaracje Donalda Tuska, że po wyborach PO będzie patronować egzotycznej idei wielkiej koalicji od PiS po SLD, pogłębiają jedynie dezorientację.
Tyrady lidera lewicy pokazały, z jaką pewnością siebie obóz III RP szykuje się do powrotu do władzy. Trudno się dziwić temu animuszowi. Wizja koalicji PO - LiD z ewentualnym dodatkiem PSL jest całkiem realna. Politycy i publicyści lewicy kajają się za zbyt poważne potraktowanie afery Rywina, co utorowało drogę kaczyzmowi ("Polityka" 29.09.2007 rozmowa Jacka Żakowskiego z Tomaszem Lisem - gdy obaj publicyści kajali się za rozdęcie sprawy Rywina); Marek Borowski płaci za swoje odcięcie się od SLD przed dwoma laty i musi znosić afronty młodych z SLD, którzy uchylają się od rozlepiania plakatów zdrajcy lewicy. Uczestnicy Okrągłego Stołu pokazują, że nadal uważają Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka za ludzi honoru godnych apelu o pokój dla Birmańczyków. Krótko mówiąc, wszystko jest już gotowe, by dwa lata IV RP zamknąć w gablocie z tabliczką "wybryk natury" - krótki, acz przykry epizod na tle prawie 18-letniej dominacji "sojuszu mądrych" z dawnej PZPR i opozycji. Na razie politycy Platformy Obywatelskiej nerwowo reagują na wszelkie sugestie o koalicji z LiD. Odbijając piłkę, argumentują, że to lider PiS, proponując Kwaśniewskiemu debatę, podał rękę ośmieszonemu w Kijowie "preziowi". Ale czym innym jest jedna debata, a czym innym jednak - wizja wieloletniej koalicji. Ale w pewien sposób PO sama skazuje się na negocjowanie z postkomunistami. Jej kampania wyborcza została ustawiona tak, by polemizować wyłącznie z PiS. Aleksander Kwaśniewski nie jest krytykowany w żadnym klipie wyborczym Platformy. Ponieważ sondaże nie wskazują jednak, aby była szansa na większościową wygraną Platformy, pozostaje więc albo jakieś mało prawdopodobne zasilenie partii posłami z klubu PiS i PSL, albo - co o wiele bardziej realne - alians z obozem tak wyśmiewanego dziś Aleksandra Kwaśniewskiego. I nie zmienia tego fakt, że Donald Tusk przekonuje dziś, iż wybierze koalicjanta dopiero po wyborach lub roi o "wielkiej koalicji". Liczni politycy z jego partii wprost deklarują, że nie ma mowy o koalicji z PiS. Aleksander Hall, były polityk prawicy, który bez wątpienia ma duży wpływ na Platformę, twierdzi na przykład, że koalicja PO z PiS byłaby dla Polski o wiele groźniejsza niż z lewicą. Stefan Niesiołowski wskazuje, że stopień upartyjnienia państwa jest dziś znacznie większy niż za rządów Leszka Millera. Ba, nawet kreowany na nowego lidera konserwatystów w PO Jarosław Gowin nie wyklucza koalicji z SLD. Platformersi rozgrzeszają się z mezaliansu, jakim byłaby koalicja z SLD, wskazując, że to Jarosław Kaczyński sojuszem z Samoobroną złamał niepisany nakaz unikania przez prawicę wiązania się z siłami wywodzącymi się z PRL. To prawda. Założyciel Samoobrony Andrzej Lepper ma na koncie PZPR-owski epizod. Także Janusz Maksymiuk to człowiek, który w każdym calu przypomina bezwzględnego aparatczyka. Samoobrona z otwartymi ramionami przyjmuje dziś Leszka Millera. Czy jednak można porównywać tę partię z SLD? Nie, nie można. Atutem SdRP, a potem SLD, był status jednego z partnerów ładu okrągłostołowego - gwaranta stabilizacji Polski po upadku komunizmu i jej europejskiego kursu. Aleksander Kwaśniewski i jego koledzy nie zdobyliby po 1989 roku takiej pozycji w Europie, gdyby nie świadectwa moralności od byłych dysydentów solidarnościowych z Unii Wolności. Gdy spojrzeć na okres 1989 - 2005, bez trudu zauważymy przewagę rządów zdominowanych przez członków dzisiejszej Partii Demokratycznej albo przez postkomunistyczną lewicę. Wyjątkiem były gabinety Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jana Olszewskiego - notabene też z udziałem takich ludzi, jak Leszek Balcerowicz czy Andrzej Olechowski. Nawet po wygranej AWS Unia Wolności była istotnym współkoalicjantem, a dodatkowym zabezpieczeniem ładu okrągłostołowego była prezydentura Kwaśniewskiego. Do tego ładu Lepper ani Giertych nigdy nie byli dopuszczani. Samoobrona była i jest dziwadłem. Wyrosła wprawdzie z protestu przeciw zepchnięciu części elektoratu wiejskiego na margines transformacji, ale chodzi jej głównie o "nachapanie się u władzy". Andrzej Lepper ani w ocenie Europy, ani warszawskiego salonu nie był nigdy nikim więcej niż chłopskim watażką. Co innego elita SLD. Aleksander Kwaśniewski, Włodzimierz Cimoszewicz czy Dariusz Rosati stanowili parawan dla czerwonych baronów, niekiedy bardzo podobnych do ludzi Leppera. Ale to właśnie ów wykwintny parawan zachwycił Adama Michnika, wyrobił polskim postkomunistom dobrą markę na Zachodzie i uwiódł salon lewicy laickiej. Pamiętny wiec w obronie demokracji na Uniwersytecie Warszawskim pokazał, jak Kwaśniewski wciąż potrafi "kupować" prof. Zolla, Lecha Wałęsę i Zbigniewa Hołdysa. Platforma w razie ewentualnej koalicji z LiD tylko pozornie będzie miała do czynienia ze słabszym partnerem - trudno przypuszczać, by LiD zdobyła tyle głosów, ile PO. Ale w rzeczywistości będzie to partner mocniejszy, silny poparciem dużej części mediów i elit. Nie mam żadnych wątpliwości, że wielu obrońców III RP po powstaniu rządu PO - LiD zacznie sekundować Kwaśniewskiemu. Platforma zostanie napiętnowana za niegdysiejszą fascynację ideą IV RP. Będzie się jej wytykać chwiejność i grzeszne flirtowanie z ideami "ściągnięcia cugli państwa". PO, jeśli zechce coś uratować z idei zmian, nieraz pewnie usłyszy, że staje się upudrowanym PiS. Już dziś publicyści od Piotra Najsztuba po Marcina Króla o kampanii Donalda Tuska mówią wyłącznie w tonie lekko skrywanego lekceważenia. Także w wielu zachodnich stolicach Kwaśniewski (nawet po wielu alkoholowych kiksach) uważany jest za partnera sprawdzonego, a politycy PO to jedynie nawróceni grzesznicy, którym latami wypominać się będzie hasło: "Nicea albo śmierć". SLD zdaje sobie sprawę ze swoich atutów i bezwzględnie je wykorzysta. Warto przypomnieć, jak SLD brawurowo podbijał stawkę w wyborach na prezydenta Warszawy, gdzie Hanna Gronkiewicz-Waltz zdobyła prezydenturę tylko dzięki poparciu Marka Borowskiego. Jak słusznie przypomniał niedawno publicysta Adam Wielomski, władze PO odmawiały rozmów z LiD, licząc, że przerażony kaczyzmem kandydat lewicy i tak poprze kandydatkę PO. Tak się nie stało - stary wyjadacz Marek Borowski licytował do końca, a swoje poparcie sprzedał dopiero w zamian za koalicję PO - LiD i obsadzenie wysokich funkcji w stołecznym ratuszu. LiD wie, że Platforma dotknięta kompleksem wszechwładzy Kaczorów, chcąc uniezależnić się od weta prezydenckiego, musi zbudować duża koalicję. Tym trudniej zatem przypuszczać, by LiD przystała na jakąś formę nieformalnego wsparcia rządu PO. Nic z tych rzeczy. LiD ma ochotę jedynie na formalny sojusz. W negocjacjach będzie zatem walczyła o jak największą ilość posad. Lewica sugerując, że po wyborach premierem powinien być Aleksander Kwaśniewski, już pokazuje, jak postrzega stosunek sił w takiej koalicji. Nie mając umiaru w krytyce idei IV RP, Platforma zrobiła lewicy dwa prezenty. Po pierwsze pozwoliła, by z pamięci wyborców zniknęły wady III RP, po drugie dała obozowi Kwaśniewskiego propagandowy kij. Po wyzwoleniu Polski spod tyranii kaczyzmu, to LiD może prezentować się jako jedyny prawy dziedzic III RP. "Miał pan dużo czasu, by zastanowić się nad błędami swoimi i SLD?" - pyta "Gazeta Wyborcza" Włodzimierza Cimoszewicza. A co odpowiada jeden z liderów lewicy: "Skłamałbym, gdybym powiedział, że akurat to mnie najbardziej zajmowało. W warunkach ostrej kampanii wyborczej będę bardziej powściągliwy niż w przeszłości, kiedy nieraz bardzo krytycznie mówiłem o swoim środowisku. Powiem tylko, że ma ono dobry tytuł do tego, by czuć się współautorem osiągnięć Polski po 1989 r. Było też wiele błędów, zwłaszcza po 2001 r., ale po poprzednikach dostaliśmy zerowy wzrost i gigantyczną dziurę budżetową. Nie można nam nic zarzucić, jeśli chodzi o przestrzeganie reguł demokracji, natomiast jeśli chodzi o rygoryzm prawny, rzeczywiście było dwuznacznie". Przepraszam za ten przydługi passus, ale dobrze pokazuje on, że obóz postkomunistów nie ma ochoty tłumaczyć się z czegokolwiek. Lewica zachowuje się jak nie przymierzając francuscy Bourbonowie. Gdy wrócili do władzy po rewolucji i po epoce napoleońskiej, też nie uważali, by mieli się za co wstydzić, albo przepraszać. Dlatego Donald Tusk sugerujący, że ewentualna koalicja z LiD niczym nie będzie się różnić od sojuszu PiS z Samoobroną, grubo się myli. Powrót postkomunistów do władzy to powrót partii, która przetrwała dwa lata, unikając głębszego rozrachunku za okres 2001 - 2005. SLD przykrył swoje grzechy podłączeniem się do chóru krytyki Kaczyńskich. Dziś PO zdaje się tę polityczna amnestię akceptować, bo uznała, że ważniejsza jest wojna domowa na prawicy. Stąd dla PO wciąż najważniejszy jest wybór: albo koalicja z LiD, albo powrót do idei PO - PiS . Platforma od dwóch lat ucieka od decyzji lub spycha ją na pierwsze dni po wyborach. Taka taktyka niszczy jej image i pomaga SLD bardziej niż jakiekolwiek debaty Kaczyńskiego z Kwaśniewskim. Nad tym winni się zastanowić liderzy PO, a nie biadolić nad pominięciem w telewizyjnym show.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL