fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Czy młodzi Polacy będą znać dzieje swojego kraju

Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Historię w różnych czasach i miejscach próbowano ograniczać, a nawet wykreślać z kanonu tego, co ludziom w życiu publicznym może być potrzebne. Czy czeka to także nasze dzieci? – pyta profesor historii
[i][srodtytul]Apel u historyków u władzy[/srodtytul][/i]
Nigdy jeszcze w historii III RP władza polityczna nie była tak zmonopolizowana jak obecnie. Ten monopol dzierżą przedstawiciele cechu historyków. Można powiedzieć krótko: znaleźliśmy się w łapach historyków.
Postanowiłem skorzystać z tej okazji i przypomnieć pewną sprawę, obok której historycy właśnie nie powinni przejść obojętnie. W dniu rozpoczęcia nowego roku szkolnego napisałem jednobrzmiący list do czterech najważniejszych polityków w naszym państwie: prezydenta, marszałka Sejmu, marszałka Senatu, premiera (magistrów historii odpowiednio uniwersytetów: warszawskiego, wrocławskiego, KUL i gdańskiego).
[srodtytul]List do rządzących[/srodtytul]
Oto zasadnicza część tego listu:
„W dniu 23 grudnia 2008 roku Ministerstwo Edukacji podjęło decyzję wprowadzającą do polskich szkół nową podstawę programową. Decyzja ta w najbliższych latach zasadniczo zmieni kształt nauki w liceach, ograniczając ich funkcję ogólnokształcącą do 1 klasy. Na pierwszej klasie liceum ma się kończyć systematyczny wykład historii dla ogromnej większości polskich uczniów. Dla tych wszystkich, którzy nie wybiorą w kolejnych dwóch klasach profilu historycznego, pozostanie jedynie »przedmiot uzupełniający: Historia i społeczeństwo«. Nie będzie w nim już żadnego wspólnego kanonu historii Polski w Europie, a jedynie dziewięć bloków tematycznych do wyboru, takich jak »Kobieta i mężczyzna, rodzina«, »Język, komunikacja i media”, »Wojna i wojskowość« czy »Gospodarka«. Cztery dowolnie wybrane spośród owych wątków (jako jedna z dziewięciu możliwości pojawi się temat »Ojczysty Panteon i ojczyste spory«) – to będzie cały program edukacji historycznej dla większości młodych Polaków i Polek w wieku 17 – 19 lat.
To jest wiek, w którym dotąd uczniowie liceów zapoznawali się z najpoważniejszymi zagadnieniami naszej wspólnej przeszłości, dojrzewając stopniowo do ich dyskutowania. Teraz o narodzinach demokracji i przechodzeniu od republiki do imperium większość z nich usłyszy obowiązkowo po raz ostatni w wieku lat 12 czy 13 (w pierwszej klasie gimnazjum!), o Konstytucji 3 Maja, dylematach pracy organicznej i walki powstańczej z XIX stulecia – w wieku lat 14 czy 15! O powstaniu warszawskim i o »Solidarności« – w wieku lat 16. W ten sposób destrukcji, a na pewno infantylizacji ulega historia jako zintegrowany, wspólny przedmiot, przekazujący nie tylko zestaw faktów czy umiejętności, ale także współtworzący rdzeń obywatelskiej, patriotycznej edukacji.
W związku z tym dramatycznym ograniczeniem roli historii w nauczaniu licealnym w styczniu 2009 roku grupa blisko 100 profesorów historii i literatury polskiej podpisała się pod apelem o przemyślenie na nowo tej tak brzemiennej w skutki decyzji (»Ratujmy historię, ratujmy polski kanon« – apel publikowany w największych polskich dziennikach w końcu stycznia 2009). W grupie tej znaleźli się tacy luminarze studiów nad naszymi dziejami, jak choćby (w kolejności składania podpisów) Anna Sucheni-Grabowska, Andrzej Paczkowski, Wojciech Roszkowski, Zofia Zielińska, Barbara Grochulska, Roman Michałowski, Teresa Kostkiewiczowa, Włodzimierz Bolecki, Janusz Sławiński, Bohdan Cywiński, Marek Kazimierz Kamiński, Andrzej Chojnowski, Włodzimierz Suleja, Piotr Łossowski, Edward Opaliński, a także grono znakomitych badaczy dziejów i kultury polskiej z zagranicy, jak Andrzej Zamoyski, Piotr Wandycz (Yale), Richard Butterwick (London Univ.), Ewa Thompson (Rice Univ.) czy Andrzej Sulima Kamiński (Georgetown Univ.).
Jako współinicjator tego listu miałem zaszczyt zostać poproszony przez jego sygnatariuszy o koordynowanie spotkań, jakie w sprawie naszych postulatów, by nie ograniczać historii w polskich szkołach, zaproponowało Ministerstwo Edukacji. Doszło do jednego takiego spotkania, zorganizowanego w ministerstwie, w lutym 2009 roku, a prowadzonego przez wiceministra, prof. Zbigniewa Marciniaka. Przedstawiciele ministerstwa zgodzili się wówczas kontynuować prace wprowadzające korekty do ogłoszonej reformy programowej (m.in. uznano za słuszny postulat, by dla wszystkich uczniów przedmiotu „Historia i społeczeństwo” przynajmniej jeden temat: »Ojczysty Panteon i ojczyste spory« – pozostał wspólny, i to w podwojonej objętości godzinowej 60 godzin). Minister Marciniak zapowiedział kolejne robocze spotkania. Niestety, do nich już nie doszło. Profesor Zbigniew Marciniak odszedł z Ministerstwa Edukacji. Nikt inny z ministerstwa już do sygnatariuszy apelu historyków nie zwrócił się z żadną informacją o dalszych pracach nad korektą programowej reformy.
Występując w roli koordynatora owego apelu, ośmielam się w tej sytuacji przypomnieć o jego zlekceważonych postulatach i zwrócić się z prośbą o wsparcie zabiegów na rzecz wzmocnienia obecności historii w polskich programach nauczania, w szczególności na poziomie licealnym. Byłoby niezwykłym paradoksem, gdyby w sytuacji, kiedy na czele państwa polskiego stoi czterech wykształconych historyków, wprowadzona została w życie reforma w drastyczny sposób ograniczająca faktycznie funkcję historii w przygotowaniu młodych Polaków do obywatelskiej dojrzałości”.
[srodtytul]Nikt nie był zainteresowany[/srodtytul]
Tyle list. Czekałem na odpowiedź – jako obywatel i jako historyk. Odczekałem miesiąc. Nadeszła jedna: z Kancelarii Prezydenta (podpis nadawcy nieczytelny), bardzo uprzejmie odsyłająca z problemem do Ministerstwa Edukacji.
No cóż, cały mój list dotyczył widocznej niechęci Ministerstwa Edukacji do kontynuowania rozmowy o sprawie reformy programowej (a nawet o rezygnacji z pozorowania choćby takiej rozmowy) i wyrażał prośbę o wsparcie Najwyższych Urzędników Rzeczypospolitej (a zarazem Kolegów-Historyków) zabiegów o przełamanie owej niechęci.
Nie jestem pewien, czy tak właśnie można traktować odpowiedź z Kancelarii Prezydenta. Mogę być jednak wdzięczny za jakąkolwiek reakcję z tej strony. Urzędy marszałków Sejmu i Senatu oraz Kancelaria Premiera nie odpowiedziały w ogóle – najwidoczniej nie czują się zobowiązane do reakcji, choćby zdawkowej, na listy obywateli w publicznych sprawach.
Kwestia sposobu obecności historii w szkolnym nauczaniu na jego najbardziej zaawansowanym, powszechnie obowiązującym etapie, wydaje mi się jednak ważna na tyle, by ponownie prosić o jej rozważenie – tym razem za pośrednictwem mediów, skoro Koledzy-Historycy u władzy rozmową na ten temat nie są zainteresowani.
[srodtytul]Spalić wszystkie księgi[/srodtytul]
Historia czasem przeszkadza. Pamięć uwiera. Wiele pisze się we współcześnie podejmowanych dyskusjach nad publicznym wymiarem historii o potrzebie „oświeconego zapominania”. Aby było ono „oświecone” – warto jednak „oświetlić” je z różnych stron, warto odważyć się rozmawiać także o tym, co i z jakich względów warto w pamięci zachować dla dobra wspólnoty, którą tworzymy przez wspólne nauczanie.
Jeśli taką najszerszą wspólnotą jest ludzkość, to może warto zapamiętać, że historię w różnych czasach i miejscach próbowano już systematycznie ograniczać, a nawet wykreślać z kanonu tego, co ludziom w życiu publicznym może być potrzebne. Powód był jeden: historia daje perspektywę, z której można oceniać teraźniejszość i lepiej ją rozumieć. Ci, którzy rządzą, nie zawsze chcą, by oceniać ich działania i rozumieć z jakiejkolwiek zewnętrznej, niezależnej od nich (a ściślej od zabiegów speców od piar) perspektywy.
To był powód, dla którego Pierwszy Żółty Cesarz, zjednoczyciel Chin, 22 wieki temu nakazał spalić wszystkie księgi poświęcone historii. Historia się jednak odrodziła. I znów przeszkadzała. I trzeba ją było kastrować.
Już wiek po dekrecie bez powodzenia likwidującym naukę o przeszłości doświadczył tego pierwszy wielki historyk chiński Sy Ma Ts’ien. Nie dość pochlebnie opisał przeszłość antenata aktualnie panującego władcy – i został na rozkaz tego ostatniego okrutnie okaleczony. Ku przestrodze kolejnym pokoleniom badaczy przeszłości.
Może i o tym warto mówić uczniom w liceach? By zastanowili się nad tym, co więcej warte: spokój i stabilność, jaką daje „oświecone zapominanie”, zanurzenie w utopii wiecznej, doskonałej teraźniejszości bez historii (zwłaszcza tej najbardziej niebezpiecznej – politycznej, z której rodzą się tylko spory) czy może jednak pamięć o historii własnej wspólnoty i dojrzała, obywatelska debata nad jej sensem?
[srodtytul]Tu i teraz[/srodtytul]
Historycy, którzy podpisali przytoczony powyżej apel, mieli wrażenie, że przez kolejne, drastyczne ograniczenie nauczania historii w dwóch ostatnich klasach liceum szansa na prowadzenie takiej debaty z udziałem młodych Polaków będzie się zmniejszać. Czy o to właśnie idzie historykom, którzy obejmują teraz nasze państwo „serdeczną kontrolą”? Kiedyś nie będą już obejmować nią żadnych wysokich urzędów. W ocenie ich dorobku pozostanie wówczas także ten maleńki rozdział, jaki zapisują obecnie swoim stosunkiem do przyszłości historii w polskiej szkole.
O ile historia Polski będzie jeszcze wtedy w ogóle nauczana. Przyszłość naszej przeszłości decyduje się teraz.
[i]Autor jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, znawcą historii Rosji. Redaktor naczelny dwumiesięcznika „Arcana”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA