Publicystyka

Dlaczego Jarosław Kaczyński bojkotuje prezydenta

Reporter
Jarosław Kaczyński zachowuje się tak, jakby chciał poprowadzić tłum na przysłowiowy klasztor po to, aby dopaść nielubianego przeora, zapominając, że sam może nim kiedyś zostać – pisze publicysta
Nie podam ręki Bronisławowi Komorowskiemu – te słowa prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego były jednym z najczęściej w ostatnim czasie komentowanych jego stwierdzeń. Większość komentarzy sprowadzała się oczywiście do standardowych narzekań, jaki to zły jest lider największej partii opozycyjnej.
Lecz akurat nad tymi słowami warto się zatrzymać, bo są one symptomem bardzo niebezpiecznej tendencji. [srodtytul]Droga do fanatyzmu[/srodtytul]
Niektórzy twierdzą, że zasadniczym problemem polskiego życia publicznego jest bardzo głęboki, dramatyczny wręcz podział społeczeństwa na dwa obozy. To oczywiście pewne uproszczenie, bo oprócz wyborców i zwolenników jednej i drugiej głównej partii są jeszcze milczący pozostali czy zwolennicy pozostałych ugrupowań. Faktem jest jednak, że trudno znaleźć dziedzinę wyłączoną z bardzo intensywnego politycznego sporu. Jednak mówić o podziale, to nie rozumieć powagi sytuacji. Podział jest w demokracji rzeczą naturalną i oczekiwanie jakiejś powszechnej zgody, szczególnie gdy mamy do czynienia z mocno odmiennymi wizjami państwa, byłoby skrajną naiwnością. Problem polega na tym, że to już coś więcej niż podział: to chęć całkowitego zdezawuowania drugiej strony, wykluczenia jej z dyskursu, odmówienia jej prawa do pełnoprawnego uczestniczenia w życiu politycznym i publicznym. To zaś prowadzi do silnego przekonania zwolenników każdej ze stron, że gdyby wygrała strona przeciwna, ich los będzie marny. Że przestaną być obywatelami, a staną się jakimiś podobywatelami lub półobywatelami. Może jeszcze będzie się ich chronić na najbardziej podstawowym poziomie, ale nie będzie mowy o aktywnym braniu udziału w życiu publicznym, wyrażaniu swojego zdania, robieniu karier. Nic dziwnego, że takie przekonanie prowadzi do fanatyzmu. Skoro mamy wojnę totalną, trzeba się w nią totalnie zaangażować. Skoro druga strona nie chce po prostu wygrać, ale pragnie nas zniszczyć, my najpierw musimy zniszczyć ją. Nie uczestniczymy w normalnym, demokratycznym konflikcie, ale w boju na śmierć i życie. Nie powinno być wątpliwości, kto rozpoczął tę grę na serio. W mniejszym natężeniu toczyła się od dawna, już od 2005 roku, jednak ofensywa przypadła po 10 kwietnia. W tekście „Zgoda dla wybranych” („Rzeczpospolita”, 12 lipca 2010 r.) pisałem o tym, jakie kręgi społeczeństwa nie są godne, aby uczestniczyć w narodowej zgodzie ogłoszonej przez nowego prezydenta. Sam Bronisław Komorowski ani nikt z głównych liderów Platformy oczywiście nigdy nie przedstawił katalogu wykluczonych, nietrudno jednak było wywnioskować na podstawie ich wypowiedzi, kto się do niego zalicza. A był to katalog długi, który otwierały osoby chcące pozostawienia krzyża przed Pałacem Prezydenckim, pragnące pomnika pamięci ofiar smoleńskiej katastrofy na Trakcie Królewskim lub też zaprzeczające oficjalnej wersji o znakomitej współpracy polsko-rosyjskiej. [srodtytul]PiS jako ryba[/srodtytul] Dlaczego zatem rozpocząłem ten tekst od cytatu z Jarosława Kaczyńskiego i dlaczego o jego działaniach chcę pisać? To proste: Platforma nie jest dzisiaj partią perspektywiczną, przynajmniej póki pozostaje pod kierownictwem Donalda Tuska. Mówiąc prostym językiem – z tej mąki chleba już nie będzie. To ugrupowanie nawet nie pragmatyczne, ale prakseologiczne, nastawione na czystą technologię utrzymania władzy dla samej władzy. Polska – co nie ulega najmniejszych wątpliwości – potrzebuje gruntownej sanacji. Platforma tej sanacji nie przeprowadzi, jako że jej aspiracje są na poziomie zarządu domów komunalnych, a nie partii rządzącej dużym, środkowoeuropejskim krajem. PiS natomiast chce być – i w jakimś stopniu jest, choć coraz bardziej na zasadzie „na bezrybiu i rak ryba” – alternatywą dla tej minimalistycznej wizji. Dlatego bardzo groźne i źle wróżące na przyszłość jest, że lider tej formacji nie tylko podjął grę w wykluczanie, zaproponowaną przez drugą stronę, ale nadał jej nową intensywność. Oczywiście – Jarosław Kaczyński w żadnym ze swoich licznych ostatnio wywiadów nie powiedział, że chce zepchnięcia całej Platformy i jej zwolenników na margines życia publicznego. Ale jego oponenci też tego wprost nie wyrażają. Stefan Niesiołowski, który swego czasu żądał publicznie usunięcia braci Kaczyńskich, także tłumaczył, że miał na myśli tylko politykę. Słowa Kaczyńskiego o tym, że Tusk i Komorowski powinni zniknąć z życia publicznego, brzmią jak echo pamiętnego wezwania Niesiołowskiego, nawet jeżeli przyczyny i uzasadnienie stwierdzeń jednego i drugiego są bardzo odmienne. W tym jednak wypadku liczy się głównie samo skrajne żądanie. [wyimek]Osobista niechęć lidera PiS do prezydenta jest zrozumiała. Do demokratycznego elementarza należy jednak umiejętność oddzielenia osoby od urzędu[/wyimek] Trudno nie dostrzec, że deklaracje Kaczyńskiego, choć on mówi tylko o politykach, wezmą do siebie zwolennicy Platformy – niekoniecznie ci najbardziej fanatyczni i niekoniecznie wpisujący się wcześniej w stosowaną przez jej polityków strategię wykluczania przeciwnika z dyskursu. Jeżeli lider opozycji kwestionuje legitymizację dwóch najważniejszych dzisiaj polityków obozu rządzącego – a do tego sprowadzają się jego słowa – czy nie jest jasne, że ich zwolennicy odbierają to jako kwestionowanie ich prawa do dokonywania wyboru? Nawet wziąwszy poprawkę na wypaczony sposób, w jaki nieprzychylne media relacjonują nierzadko słowa prezesa PiS. [srodtytul]System skażony[/srodtytul] Załóżmy, że PiS wygra najbliższe lub kolejne wybory parlamentarne. Pytanie brzmi, czy da się przeprowadzić gruntowną przebudowę państwa, które tak bardzo tego potrzebuje, zwyciężając dzięki strategii wykluczania przeciwnika i kwestionowania jego prawa do uczestniczenia w publicznej debacie, uzasadnionej racjami moralnymi? Innymi słowy – czy da się przeprowadzić głęboką sanację państwa, wiążącą się oczywiście ze sporymi kosztami, mając przeciwko sobie znaczną część obywateli? I to nie z powodu różnicy poglądów, ale z powodu poczucia, że wprowadzane zmiany mają na celu ich wypchnięcie poza nawias. Tak mają prawo czuć się dzisiaj przeciwnicy PO, tyle że Platforma nie przeprowadza żadnych głębszych zmian. Gdyby spróbowała, mogłoby się to skończyć jakimś rodzajem społecznego buntu. Jak wyobraża sobie podobną sytuację, tyle że w odwrotnej konfiguracji, Jarosław Kaczyński, o ile serio myśli o przebudowie kraju? Czy można budować system, jeżeli zyskało się władzę w oparciu o antysystemowe hasła? Tak, to prawda – system może być tak mocno skażony, że trudno go wspierać, szanować, trudno zostawić z niego cokolwiek poza może samymi fundamentami. Tyle że jeśli potem będzie się chciało stworzyć na nich coś nowego, może się okazać, że antysystemowy sentyment własnych zwolenników tę budowę skutecznie uniemożliwia. Czy nie to właśnie jest naszym udziałem ponad 20 lat po upadku komunizmu? Czy to między innymi nie antysystemowe nastawienie, odziedziczone po PRL, wciąż każe obywatelom traktować państwo jak ciało obce, a państwu obywateli jak natrętów i potencjalnych przestępców? Jest jeszcze jeden niebezpieczny aspekt słów lidera opozycji, odnoszących się do prezydenta Komorowskiego. Przypomnijmy sobie sposób, w jaki traktowany był przez polityków Platformy (Donalda Tuska, Bronisława Komorowskiego czy Radosława Sikorskiego) prezydent Lech Kaczyński. To nie była jedynie krytyka Kaczyńskiego jako polityka. To było zanegowanie jego uprawnień i pozycji w państwie, zahaczające o podważanie autorytetu urzędu. Dokładnie to samo czyni dzisiaj Jarosław Kaczyński, oznajmiając, że nie zamierza nie tylko podawać prezydentowi Komorowskiemu ręki, ale też, iż nie zamierza z nim współpracować. Obejmuje to także Radę Bezpieczeństwa Narodowego. [srodtytul]Racja państwa[/srodtytul] Ostra krytyka prezydenta, a także osobista niechęć lidera PiS do Bronisława Komorowskiego są w pełni zrozumiałe. Sprawą kluczową jest jednak oddzielenie polityka jako osoby od spełnianej funkcji – to demokratyczny elementarz. To prawda, że zasada ta jest nadużywana – podobnie jak nadużywane jest np. pojęcie tolerancji. Niektórzy uważają, że ma ona oznaczać zakaz wszelkiej krytyki osoby pełniącej wysoką funkcję publiczną. Rzecz jasna, nie o to chodzi. Jednak lider opozycji powinien z prezydentem współpracować przynajmniej na najbardziej podstawowym poziomie, choćby z obrzydzeniem. Odmawiając jakiejkolwiek współpracy, tworzy precedens, który z całą pewnością zostanie kiedyś wykorzystany przeciwko jego formacji i przeciwko ewentualnemu przyszłemu prezydentowi, wspieranemu przez PiS. Daje też sygnał swoim zwolennikom, że legitymizacja głowy państwa, wybranej przecież w wyborach powszechnych i bezpośrednich, nie ma znaczenia. Mógłby ktoś powiedzieć, że moralne i etyczne racje uzasadniają takie stawianie sprawy przez prezesa PiS. Otóż nie – racja państwa, rozumiana jako trwanie instytucji i ich niezależność od sprawujących urzędy osób, jest racją wyższą. Sięgając do skarbca przysłów – dłużej klasztora niż przeora. Jarosław Kaczyński zachowuje się tak, jakby chciał poprowadzić tłum na ów przysłowiowy klasztor po to, aby dopaść nielubianego przeora, zapominając, że sam może nim kiedyś zostać. [i]Autor jest komentatorem dziennika „Fakt”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL