Film

29 220 nocy i dni Antczaka

Jerzy Antczak na planie filmu "Chopin. Pragnienie miłości" z odtwórcą głównej roli Piotrem Adamczykiem
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Wybitny reżyser 25 grudnia kończy 80 lat. I jest w świetnej formie. Od lat mieszka w USA, ale do Polski wraca chętnie
– Reżyseria jest jak miłość. Nie wiemy, skąd się bierze, ale poświęca się jej wszystko – mówi Jerzy Antczak, twórca około 130 spektakli Teatru Telewizji i kilku filmów, nominowany do Oscara za „Noce i dnie".
Antczak od 30 lat żyje w USA, pracuje jako wykładowca reżyserii na uniwersytecie UCLA w Kalifornii. W Polsce jego nazwisko kojarzy się widzom przede wszystkim z „Nocami i dniami" – wielką sagą na podstawie książki Marii Dąbrowskiej, ze wspaniałymi kreacjami Jadwigi Barańskiej i Jerzego Bińczyckiego, z magicznym walcem Waldemara Kazaneckiego i powtarzaną w każde walentynki sceną, w której Tolibowski zrywa dla Barbary nenufary. [srodtytul]Teatr milionów[/srodtytul]
Szkoda, że teraz, gdy Teatr Telewizji dogorywa z braku pieniędzy, mało kto pamięta, iż to Antczak wzniósł go kiedyś na wyżyny. Był aktorem, po dyplomie pięć sezonów spędził na scenie w Łodzi, ale wciągnęła go reżyseria. W rodzącej się łódzkiej telewizji, a potem w Warszawie przygotował kilka przedstawień (m.in. „Dwa teatry" i „Zegarek" z Tadeuszem Łomnickim). W 1963 roku prezes Włodzimierz Sokorski zaproponował mu stanowisko naczelnego reżysera telewizji. Już w pierwszym miesiącu zrealizował „Kordiana" Słowackiego i „Szklaną menażerię" Williamsa. Za jego szefowania największa narodowa scena przeżywała wspaniały okres. Telewizorów było mało i ludzie zbierali się u sąsiadów, żeby oglądać poniedziałkowe spektakle. Sam Antczak mówi skromnie: – Czy mam takie wielkie zasługi? Może tylko to, że wniosłem szacunek dla indywidualności. Walczyłem z panoszącymi się wówczas redaktorami, sprzeciwiałem się ich ingerencjom w spektakle. Postawiłem na artystów. Wniósł też do telewizji swoją, jak sam mówi, „bałwochwalczą" miłość do aktorów. – Oni są najcudowniejszym instrumentem, na którym los pozwolił mi grać – ocenia. – Kocham ich, wybaczam im wszystko, bo oni tworzą swoimi trzewiami. Traktuję ich jak współtwórców. W pierwszym okresie stosunek do telewizji wielu wybitnych artystów był dość pogardliwy. A jednak w spektaklach Teatru Telewizji pojawiali się najwięksi: Świderski, Łomnicki, Opaliński, Fijewski, w „Pożegnaniu z Marią" zagrała nawet Ida Kamińska. Spektakle szły wtedy na żywo. – Taki teatr ma w sobie coś nieprawdopodobnego – mówi Antczak. – Odbywaliśmy kilka prób i wiedzieliśmy, że wieczorem, o ósmej, wychodzimy na scenę i umieramy. Ale przed śmiercią następuje gwałtowne polepszenie, organizm wydziela ostatni zastrzyk adrenaliny. Z nami było podobnie. Wszyscy – aktorzy, operatorzy, inspicjenci – w dzikim napięciu wznosiliśmy się na szczyty. Dlatego te przedstawienia miały taką temperaturę. Kiedy zaczęliśmy nagrywać spektakle, coś skończyło się bezpowrotnie. Czując, że teatr jego marzeń zmienia się, Jerzy Antczak zaczął szukać nowych środków wyrazu. Coraz częściej robił w przedstawieniach dokrętki filmowe, wychodził ze studia. Stąd był już tylko krok do kina. Jeszcze w 1962 roku zrealizował nowelę „Stary profesor" w „Spóźnionych przechodniach" i „Łabędzi śpiew" według Czechowa. Potem były filmy „Wystrzał", „Mistrz", wreszcie w 1968 roku „Hrabina Cosel". [srodtytul]Pełnia w kinie[/srodtytul] – Film stał się miejscem, gdzie mogłem się wypowiedzieć najpełniej. Interesowała mnie relatywność zachowań, postaw, niejednoznaczność ludzkich charakterów. W 1970 r. nakręcił film o procesie w Norymberdze. Przez półtora roku studiował 24 tomy stenogramów, rozmawiał z Karolem Małcużyńskim, który był korespondentem z procesu. – Chciałem się dowiedzieć, kim byli naziści oskarżeni o ludobójstwo. I odkryłem, że to nie dewianci. Mieli domy, dzieci, potrafili kochać. Kiedy to zrozumiałem, wszystko wydało mi się tym bardziej okrutne. Jak powiedział Dostojewski: chcąc opisać zbrodniarza, pokaż jego pozytywne cechy. Tak powstał pomysł „Epilogu norymberskiego". Następny film Jerzy Antczak zrealizował dopiero po pięciu latach. To były „Noce i dnie". – Odnalazłem u Marii Dąbrowskiej prawdziwe dramaty. Kobietę, która żyje mitem i która kocha, nie zdając sobie z tego sprawy. Ludzi przywiązanych do ziemi, do tradycji, wspaniałą rodzinną sagę. I zobaczyłem coś jeszcze: zmarnowane pokolenie. Każda epoka ma swoich ludzi obolałych. Ale są tacy, którzy płaczą i jęczą, a są tacy, którzy zaciskają zęby i pracują. [srodtytul]Życie za oceanem[/srodtytul] W „Nocach i dniach" wielkie kreacje stworzyli Jerzy Bińczycki i Jadwiga Barańska, która dostała za rolę Barbary nagrodę aktorską w Berlinie. Na Antczaka też posypały się wyróżnienia, przyszła nominacja do Oscara. Ale jednocześnie coraz głośniejszy stawał się jego konflikt z ówczesnym ministrem Januszem Wilhelmim, który nękał reżysera kontrolami i zażądał wycięcia z jego nowego wystawienia „Kordiana" monologu „Ta ziemia jest trupem". Wreszcie Antczaka wyrzucono z telewizji. Załatwił sobie posadę rad-cy kulturalnego w polskiej ambasadzie w USA, potem zaoferowano mu funkcję przedstawiciela TVP w Ameryce. Po perturbacjach z koprodukcją telewizyjnego filmu „Mur", w 1980 r., zdecydował się zostać w Ameryce na stałe. Dziś wraca do Polski coraz częściej. Zawsze z żoną Jadwigą Barańską. Są nierozłączni od ponad 50 lat. Na podstawie jej scenariusza nakręcił „Damę kameliową", a w 2002 r. „Chopina. Pragnienie miłości". Oba te obrazy, opowiedziane zbyt tradycyjnym językiem, nie zyskały przychylności krytyków. Sukcesem okazała się natomiast wydana w tym roku autobiografia „Dni i noce mojego życia". Antczak nie teoretyzuje, nie wypowiada się na temat sztuki. Po prostu snuje gawędę o swoim arcyciekawym życiu, o ludziach i czasach. Pełen życzliwości do świata artysta jest w znakomitej formie. Otwarty na innych, pomocny, uśmiechnięty. Mimo osiemdziesiątki tryska energią, jakiej nie powstydziłby się trzydziestolatek.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL