Mniejszości

Polskie napisy niemile widziane

Góralskie święto w Jabłonkowie, największa polska impreza na Zaolziu. Korowód ulicami miasta
Fotorzepa, Waldemar Kompala Waldemar Kompala
Do domu numer 77 w Śmiłowicach dojechać niełatwo. Trzeba kluczyć po piaszczystych drogach między sadami – w tych śliwkowych rosną głównie węgierki z przeznaczeniem na śliwowicę – wiejskimi domami i eleganckimi daczami
– Dom Jerzego Buzka? W prawo – mówi pracujący w sadzie mężczyzna. I wreszcie jest: duży, murowany, z czerwonym, spadzistym dachem. O tym, do kogo należał, przypomina czarna tablica pamiątkowa, bo tu rodzina Buzków już nie mieszka. Ale Śmiłowice to rodzinna miejscowość byłego polskiego premiera – i obecnego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego.
Ktoś nie znający historii tych okolic mógłby się zdziwić: polski polityk urodzony w czeskiej wiosce? Przecież to Smilovice – tak głosi tablica przy wjeździe. A jednak w tej zaolziańskiej wsi Polacy wciąż stanowią na tyle duży odsetek, że powinny się zjawić tablice i z napisami „Śmiłowice” – ale ich nie ma. To efekt działań miejscowych, czeskich nacjonalistów, którzy skutecznie blokują umieszczenie napisów – twierdzą polscy działacze. I nie pomaga fakt, że właśnie tu urodził się Jerzy Buzek. Wójt gminy Śmiłowice Gustaw Chwistek jest jednak optymistą. – Mamy już dwujęzyczne napisy na urzędzie gminnym i bibliotece. A na wniosek radnych postanowiliśmy w przyszłym roku zorganizować seminarium na temat historii Śląska Cieszyńskiego, podczas którego omówimy również kwestię tablic przy wjeździe do Śmiłowic. Tak będzie elegancko – mówi.
I dodaje, że gdy latem gościł tu Buzek – otrzymał wówczas honorowe obywatelstwo gminy – wygłosił krótkie przemówienie, wspominając, że ten teren należał kolejno do Austro–Węgier, Czechosłowacji, Polski, Niemiec, Czechosłowacji i teraz Czech. – Nie wszyscy znają naszą historię. Gdy ją poznają, będzie nam łatwiej pracować – podkreśla wójt. [srodtytul]Za bliskie języki?[/srodtytul] W nieodległym Gnojniku jest podobnie. Spośród półtora tysiąca mieszkańców gminy 11,5 proc. stanowią Polacy. Aby były polskie tablice z nazwami miejscowości i ulic, wystarczy 10 proc. – Będą, będą – przekonuje wójt Dagmara Molinova. A podobno jeszcze niedawno zdecydowanie się im przeciwstawiała. Zapytana, dlaczego niektórzy Czesi tak bardzo nie chcą polskich napisów, waha się, co powiedzieć. – To nowość... niektórzy sądzą, że napisy polskie są zbędne – mówi. Wreszcie znajduje odpowiedź: – Nasze języki są tak bliskie, że przecież nie trzeba tłumaczyć. Gdyby chodziło o niemiecki, byłoby inaczej – przekonuje. Pierwszym ustępstwem miejscowych władz było umieszczenie polskiego napisu na urzędzie gminy. Teraz dwujęzyczne tablice mają być i przy wjeździe do Gnojnika, i na ulicach. – Pojawią się też na dworcu kolejowym – mówi radny Karel Vitaszek (Karol Witaszek). – Wtedy, gdy kolej będzie odnawiać trasę z Czeskiego Cieszyna. Już to obiecali. Gnojnik to ostatnia na prowadzącym od Cieszyna do Frydka–Mistka szlaku miejscowość, w której mieszkają Polacy. Dalej na zachód naszych rodaków już nie ma. Jest tu piękna polskojęzyczna szkoła podstawowa im. Jana Kubisza. – Pani Molinova obiecała też pomóc przy stworzeniu polskiego przedszkola – mówi Małgorzata Rakowska, polska nauczycielka i wieloletnia dyrektorka szkoły. Obok polskiej we wsi jest też oczywiście szkoła czeska, nazywana „masarykową”. To na polecenie prezydenta Czechosłowacji Tomasza Masaryka w każdej chyba wsi na Zaolziu postawiono piękną szkołę. – Po to, by czechizować polskie dzieci – mówią miejscowi Polacy. [srodtytul]Liczba Polaków spada[/srodtytul] „Czechizacja” trwa i przynosi efekty: liczba Polaków na Zaolziu spada. Największy efekt przyniosły dwa posunięcia władz, jeszcze za czasów Czechosłowacji. W 1961 r. zlikwidowano powiat czesko-cieszyński z większością polską, tworząc frydecko–mistecki i karwiński; w obu Polacy stali się mniejszością. A w 1980 r. przeprowadzono reformę szkolną, likwidując małe klasy. W ten sposób z Zaolzia zniknęło ponad 40 polskich szkół. Dziś dzieci z mieszanych małżeństw trafiają raczej do szkół czeskich. A i absolwenci polskich szkół często wysyłają swe potomstwo do placówek „masarykowych”. Dlaczego? Bo dzięki temu łatwiej będzie im funkcjonować wśród Czechów, łatwiej będzie trafić na dobrą czeską uczelnię. A ci, którzy są „Czechami w pierwszym pokoleniu”, zachowują się szczególnie wrogo wobec Polaków i Polski. – Cały czas muszą udowadniać, że są dobrymi Czechami – podkreśla Tadeusz Wantuła, wiceprezes Kongresu Polaków w Republice Czeskiej. Takich ludzi miejscowi Polacy nazywają „szkopyrtokami” (od „szkopyrtnąć się” – wywrócić się). – Władze czekają i liczą na to, że podczas następnego spisu powszechnego w Gnojniku będzie nas poniżej 10 procent. A wtedy polskich tablic nie będzie trzeba wywieszać – mówi Polak z Gnojnika. [srodtytul]Większość na cmentarzach[/srodtytul] Polacy są tu dziś malejącą mniejszością. Dawniej byli większością, ale ta większość jest dziś dostrzegalna jedynie na cmentarzach. Na każdej zaolziańskiej nekropolii, czy to luterańskiej, czy katolickiej, na starych grobach dominują polskie napisy, niektóre pisane pięknym, wzruszającym, archaicznym już językiem. I niestety – nierzadko jest tak, że na mogile dziadka czy ojca imię i nazwisko pisane jest po polsku, a wnuka czy córki już po czesku. Podobnie jest w Stonawie, gdzie znajduje się grób szczególny, o którym pamiętają wszyscy tutejsi Polacy. Gdy zejść po zboczu wzgórza, na samym końcu cmentarza znaleźć można nagrobek i pomnik. Tu pochowanych zostało 20 polskich żołnierzy, obrońców Zaolzia przed czeską napaścią w 1919 roku. Czesi zaatakowali w najgorszym możliwym momencie – podczas wojny polsko-bolszewickiej. Wzięli ich do niewoli, a następnie zakłuli bagnetami. I dziś całkowicie o tym zapomnieli. – A jak mają pamiętać? Przecież znaczna część z nich to „kuferkorze” – słyszę. „Kuferkorz” czy „rukzakorz” to Czech przyjezdny, który osiedlił się na Zaolziu i nie wie, że tutejsi Polacy nie przyjechali tu zza Olzy, z głębi Polski, a są potomkami rodzin żyjących tu od stuleci. Dla niego walki z 1919 r., w wyniku których ustanowiono granicę na Olzie, były czymś jak najbardziej słusznym. W 1910 r. na Zaolziu mieszkało 124 tys. Polaków, gdy Czechów 33 tys., a Niemców – 22 tys. W 1991 r. Polaków było zaledwie 43 tys., a Czechów 264 tys. Niemców nie ma, są natomiast Słowacy – 27 tys. Jeszcze kilkanaście lat temu istniały gminy, w których odsetek Polaków był 50 proc., a teraz nie ma już ani jednej. [srodtytul]Sprawcy nieznani[/srodtytul] Akurat w Stonawie polskie napisy – obok czeskich – obecne są wszędzie. I na tabliczce informującej o godzinach otwarcia cmentarza, i na urzędzie gminnym, i na tablicach przy wjeździe i wyjeździe z tej wsi. I tak jest w kilkunastu innych gminach. Ale w niektórych polskie tablice się nie spodobały. – W Bystrzycy, Nydku i Gródku zostały zniszczone i do tej pory nie powieszono nowych. W Wędryni też, ale już znalazły się nowe. W Gródku i Olbrachcicach polskie napisy zostały zamalowane, ale udało się je odczyścić – wylicza Józef Szymeczek, prezes Kongresu Polaków w Republice Czeskiej. – W Trzycieży, gdzie też je zamalowano, burmistrz zgłosił sprawę na policję, ale nie udało się ustalić, kto jest winny – dodaje. W pozostałych miejscowościach nikt nawet nie usiłował prosić policji o pomoc. Ale są i dobre przykłady. Ten najbardziej widoczny – to Czeski Cieszyn. Przechodzących mostem z polskiej strony Olzy witają na ulicach duże tablice z nazwami po czesku i po polsku. Także na urzędzie miejskim są podwójne napisy. – Ustawa o podwójnym nazewnictwie daje samorządom gminnym możliwość torpedowania inicjatyw zmierzających do pojawienia się polskich nazw. U nas rada i władze gminy nie widziały problemu, nie było więc prób blokowania – mówi Stanisław Folwarczny, wiceburmistrz Czeskiego Cieszyna. Zdaniem Tadeusza Wantuły, który pochodzi z Wędryni (ostatnio znanej i w Polsce, stąd pochodzi pop-rockowa piosenkarka Ewa Farna), o sytuacji w znacznej mierze decyduje postawa miejscowych Polaków. – U nas odsetek Polaków jest znaczny, około 29 proc., Czesi muszą się z nami liczyć – podkreśla. Ale i przy tych wszystkich problemach Zaolzie się zmieniło. Turysta z Polski będzie zdziwiony, widząc tu i ówdzie język polski pojawiający się na tablicach informacyjnych miejscowości, urzędach, szkołach i sklepach. Ale nie powinien być zdziwiony. – 700 lat Śląsk Cieszyński był całością. Podzielony jest tylko przez 89 lat – słyszę.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL