Mniejszości

Po granicy nie ma już śladu

Fotorzepa, AW Andrzej Wiktor
Kultura czeska miała na nas ogromny wpływ - mówi Halina Mlynkova-Nowicka
[b]Rz: Jak dowiedziała się pani o skomplikowanej historii Zaolzia?[/b]
[b]Halina Mlynkova-Nowicka:[/b] – Nie jestem w stanie powiedzieć panu, jak dowiedziałam się o historii Zaolzia, tak samo, jak nie jestem w stanie powiedzieć, jak nauczyłam się mówić i chodzić. Pochodzę z Zaolzia i wiedzę tę wpajano nam od najmłodszych lat. Dla moich rodziców było to bardzo istotne. [b]Czy może pani opowiedzieć o losach swojej rodziny w latach 1918 – 1920, po roku 1920, kiedy Zaolzie znalazło się w Czechosłowacji, a także w 1938 r.?[/b]
Z kroniki rodzinnej, którą pisał mój ojciec, wynika, iż w 1920 roku, podczas ataku czeskiego, szczęśliwie ocalała matka ojca, moja babcia. Obok domu ktoś postrzelił czeskiego żołnierza. Pozostali wpadli do domu i kazali stać pod ścianą przez długi czas. Po wielu godzinach z zewnątrz do pokoju padły strzały polskich żołnierzy, kule ominęły moją prababcię. Żołnierze wybiegli i pozostawili kobiety w spokoju. Jeszcze gdy Zaolzie było czeskie, dziadek wysłał mojego ośmioletniego ojca do polskiej szkoły. Niestety, natychmiast stracił pracę. Z ogromnym bólem zamienił szkołę na czeską, ponieważ potrzebował pieniędzy na ukończenie budowy domu. Odbiło się to na nim po październiku 1938 r., gdy Zaolzie zostało zajęte przez Polskę. Po paru miesiącach ojciec wrócił do polskiej szkoły, ale dziadek został zdegradowany ze swojego stanowiska w pracy. Moja rodzina drżała ze strachu, ponieważ sąsiedzi grozili dziadkowi, że go powieszą. Nie był to chlubny okres w historii polskich Zaolziaków. A po rozpoczęciu wojny, w 1939 r., role się odwróciły. Tym razem z rąk Czechów zginęło wielu Polaków. [b]Jak mieszkańcy Zaolzia odbierali wkroczenie ludowego Wojska Polskiego do CSRS w 1968?[/b] Zamazywano polskie napisy na sklepach. Rosła w ludziach agresja. Polacy znowu mieli powód do strachu i nienawiści. [b]Jak wyglądała praca pani taty, który był prezesem Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego?[/b] Ojciec prowadził życie na wielu polach. Na co dzień – jako nauczyciel, po – jako działacz PZKO, wieczorami i nocami – jako artysta muzyk, poeta, pisarz. Przede wszystkim zależało mu podtrzymywaniu kultury polskiej na Zaolziu. Oprócz wierszy i książek pisał słownik gwary śląskiej na Zaolziu. Niestety, nie zdążył wydać przed śmiercią swoich opracowań. [b]Jakie relacje łączyły panią z Czechami i czego uczyły?[/b] Czesi byli naszymi sąsiadami, kolegami, naszą codziennością. Ale i „wrogami”. Byliśmy świadomymi małymi Polakami, dzięki rodzicom i fantastycznym nauczycielom szkół, do których uczęszczałam. Jednak kultura czeska miała na nas ogromny wpływ. Tak naprawdę czystej polszczyzny nauczyłam się parę lat temu, mieszkając w Polsce. Na Zaolziu mówi się gwarą. Dopiero kiedy wyjechałam na studia do Krakowa, uświadomiłam sobie, jak duży wpływ ma na mnie miejsce, w którym się wychowałam. Uświadomiłam sobie, jak wielkie szczęście miałam, mogąc obcować z dwoma, a nawet trzema językami równocześnie. Za językiem idzie kultura. Nie można zapominać, że Zaolzie to Republika Czeska, niegdyś Czechosłowacja. Nie można się odciąć. Stanowimy jedność. To nas wyróżnia. Czesi nie powinni odcinać się od Polaków, a Polacy od Czechów. Marzę o tym, żeby mój syn znał dobrze język czeski, czy to się komuś podoba czy nie. Cieszę się, że wychowałam się w kraju Hrabala, Formana, Zelenki, Gotta, Hegerovej, Smetany. A zarazem narodowościowo powiązana jestem z Chopinem, Mickiewiczem, Słowackim, Miłoszem. Czyż to nie jest powód do dumy? [b]Proszę opowiedzieć o lokalnych zwyczajach na Zaolziu.[/b] Właśnie gdy zaczęłam odpowiadać na to pytanie, siedząc w domu rodzinnym w Czechach, podjechał mój kuzyn z „kołaczami weselnymi”. Jutro ślub, jak zwyczaj każe, parę dni przed ślubem, para młoda rozdaje znajomym i rodzinie kołacze, czyli ciasta drożdżowe i małe pyszne ciasteczka, informując zarazem o nadchodzącym ślubie. Przed świętami Bożego Narodzenia kobiety pieką wspaniałe kruche ciasteczka. Sporo znajomych czeka z utęsknieniem na nasz powrót do Warszawy po świętach, czekając, że może parę przywiozę. Na wiosnę moja rodzina organizowała ognisko nad rzeką, czyli „jajecznica na powitanie lata”. Latem była „miodula”, czyli miód pitny u Martynka, który miał ule i oczywiście pszczoły. Jesienią „poleśniki” u drugiego Martynka, czyli placki ziemniaczane przekładane listkami kapusty, i zabawa do białego rana. Zimą „ostatki” u Czudków. No i nie muszę przypominać, że zabawa do białego rana. Szczególne są „ostatki”, czyli koniec karnawału. Zabija się świnię i robi specjały regionalne – jelita, pyrdelónkę, bachora, faszyrka. O północy jest „pogrzeb kontrabasu” – symbolizujący zakończenie karnawału. [b]Jak wyglądała i odbierana była działalność zespołu Olza, w którym pani występowała?[/b] Dla niektórych to obciach, dla niektórych wyróżnienie. Nie każdy się odnajdywał w klimacie muzyki ludowej. Kiedy ja byłam w Olzie, zespół prowadzili Otto i Danusia Jaworek i to oni spowodowali, że zespół był na bardzo wysokim poziomie. Wygrywaliśmy konkursy taneczne na całym świecie. Mieliśmy świadomość, że jesteśmy najlepsi. Taki zespół uczy dyscypliny i odpowiedzialności. [b]Jak wygląda życie na Zaolziu, kiedy znaleźliśmy się w Unii Europejskiej?[/b] Od 18. roku życia nie mieszkam na Zaolziu. Wiem, że problemy narodowościowo-sąsiedzkie nadal trwają i czasem sama na własnej skórze się o tym przekonuję. Taki już urok tego miejsca. Ale najbardziej zauważalna zmiana jest w Cieszynie. Po tylu latach znowu mamy niepodzielone miasto. Most graniczny pozostanie granicą tylko w naszej pamięci. Nie ma po niej żadnego śladu. I to jest fenomenalne!
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL