Społeczeństwo

25 lat więzienia i 25 dni wolności Józefa S.

Do tego domu we wsi Brudzowice w województwie śląskim wrócił po wyjściu z więzienia Józef S.
Fotorzepa, Tomasz Jodłowski TJ Tomasz Jodłowski
Wkrótce po wyjściu z więzienia wykorzystał seksualnie 11-latka – twierdzi prokuratura. A wieś zapowiada lincz
Dom z czerwonej cegły przy ul. Jagodowej, niedaleko las. Wygląda na opuszczony od lat. Przewrócone resztki bramy, zbutwiałe okna. Szyba z dziurą po kamieniu na przywitanie. Józef S. mieszkał tu tylko 25 dni, po tym jak wrócił do rodzinnej wsi 17 września. Kiedy go zamykali, była komuna, połowa lat 80. Wrócił do innego świata. Samochody, hipermarkety, nawet nie wiedział co to pasy w samochodzie. Od razu z pekaesu poszedł do przyszywanej ciotki Krystyny T., kilka ulic dalej, po klucz do swojego domu.
Ojciec Józefa S. zmarł trzy lata temu, matka wcześniej. Józka, który nie miał rodzeństwa, nie wypuścili z zakładu nawet na pogrzeby. Co roku składał prośby do sądu o przedterminową wolność, ale sąd je odrzucał. – Przez te 25 lat miał tylko codzienne spacery 15-minutowe – mówi Krystyna T. Powitania mieszkańców nie było, ale to Józka nie zniechęciło. – To moja ojcowizna – powtarzał rodzinie. Zapowiedział, że nigdy się stąd nie wyprowadzi.
Krystyna T. przez 25 dni żywiła go i wspomagała finansowo. Dawała na bilet na autobus. – Ja nie wierzę, że on to zrobił. To spokojny, schorowany człowiek – zapewnia. – Teraz to już wszystko co złe to będzie Józek. Młoda kobieta wyglądająca zza Krystyny T.: – Gdzie on pedofil? Mam pięciomiesięczną córkę, zostawiałam ich w pokoju, nic. Syna jedenastoletniego mam, normalnie rozmawiali. Chorego zainteresowania, żeby tak ot, dziwnie patrzył, nie zauważyłam. [srodtytul]Poznali go po chodzie[/srodtytul] 25 lat temu, kiedy Józefa S. zamykali za zabójstwo dziewczynki z pobliskiej Piwonii, był wysokim, szczupłym chłopakiem z długimi włosami. Wrócił stary, zniszczony, łysy. Ale mieszkańcy Brudzowic go rozpoznali. Kroczył środkiem wsi jak dawniej, jakby zamiast nóg miał sprężyny. – Poznałam go po tym chodzie, ale udałam, że go nie znam. Człowiek boi się z takim spoufalać – mówi właścicielka miejscowego sklepu. Wchodził, mówił dzień dobry, kupował zawsze tylko „mocne bez filtra”. Informacja o jego powrocie szybko się rozeszła. – Mała wieś, to nic tu nie jest tajemnicą. Ja dowiedziałem się od razu – przyznaje Janusz Stelmach, dyrektor miejscowej podstawówki. – Wzmocniłem nadzór i wprowadziłem zakaz wychodzenia uczniom. Uczuliłem też rodziców żeby wykazywali większą czujność, ostrożność. Bo o Józefie S. ludzie tu mają same złe wspomnienia. Że dziewczyny obmacywał, że po krzakach się chował, że nawet zwierzętom nie odpuścił. Potwierdzają to akta personalne Józefa S. z zakładu karnego w Wołowie. – Pani, on chory był i jest – mówi Cecylia, sąsiadka Józefa S. – To nie człowiek tylko „wściekły pies”. Tylko ojciec Józefa S. miał we wsi poważanie. – Do kościoła chodził, co on może, że takiego syna miał – wzdycha pani Cecylia. Odwiedzał go w więzieniu, paczki mu woził. Zaufanym miał mówić, że boi się jak syna wypuszczą. Że on sobie nie poradzi na wolności. Policja o powrocie Józefa S. dowiedziała się drogą oficjalną, z pisma z zakładu karnego pod koniec września. Sygnał wzmożonej czujności dostał dzielnicowy. Ale Józek całodobowego stróża nie miał. Luiza Sałapa, rzeczniczka służby więziennej: – Wyszedł na koniec kary, a więc bez opinii. To wolny człowiek, on nawet nie może mieć kuratora – zastrzega. [srodtytul]Józek chłopaków lubił[/srodtytul] Przed dziewczynką z Piwoni, opowiadają ludzie, był chłopiec z Brudzowic. Po wszystkim gałęziami go przykrył. Cud że przeżył, cały był porozrywany. Dziś to młody mężczyzna, ostatnio rozszedł się z żoną. – To po tym, co mu Józef zrobił, ten chłopak to dziś psychiczny kaleka – twierdzi pani Maria. I dodaje: – Józek chłopaków lubił, młodych szczególnie. Tak ich nęcił, na szczupaki, na ryby, a potem robił swoje. Dziś molestowanie, pedofil, każdy wie. A wtedy to się o takich rzeczach nie mówiło, człowiek to bagatelizował, ręką machał. Matka Józka poszła z pieniędzmi, sprawy nie zgłosili. Potem była dziewczynka. Miała pójść do do Pierwszej Komunii Świętej. – Nie pamiętam jej imienia, ale wiem gdzie leży na cmentarzu. Zawsze ma najwięcej kwiatów – wspomina pan Wacław (imię zmienione), były dziennikarz, który w latach 80. opisywał w reportażu, w tygodniku „Tak i nie” tę straszliwą zbrodnię. Nie chce, by podawać jego nazwisko. Boi się zemsty, bo znał Józefa S., a jeszcze bardziej jego ojca. – Ja mam, wie pani, dom z drewna, nieubezpieczony – mówi szczerze. Dziewczynkę Józef S. wciągnął pod most, zgwałcił i udusił. Nigdy się do zbrodni nie przyznał. – On twierdzi, że to nie on zrobił – mówi jego ciotka. W to, że teraz skrzywdził 11-latka, nie wierzy. – Józek jeździł, załatwiał, chciał spadek odebrać po ojcu. W piątek po urzędach, był w Siewierzu w geodezji, potem do Będzina do urzędu skarbowego po NIP pojechał. Gdzie niby miał to zrobić? – pyta. – W poniedziałek NIP dostał, bo nie ma chłopak nic. A to potrzebne, żeby się w pośredniaku zarejestrować. Ja sprawdziłam, NIP w poniedziałek załatwił. W poniedziałek o 12 do Krystyny T. zapukała policja. Po klucze na Jagodową. – I tyle tylko powiedzieli, że Józek zatrzymany i muszą przeszukanie zrobić – dodaje ciotka. Za co dowiedziała się z lokalnej gazety, potem od ludzi. Prokuratura nie mówi o szczegółach. Tylko że Józef S. „dopuścił się innej czynności seksualnej” i że dowody są mocne, skoro sąd uznał ich wniosek o aresztowaniu na trzy miesiące. Józefowi S. grozi do 12 lat więzienia, ale że przestępstwa dokonał po wyjściu na wolność – kolejne sześć. Siedzi w areszcie w Wojkowicach. Do winy się nie przyznaje. [srodtytul]Ludzie mu nie zapomną[/srodtytul] Od trzech lat w sześciu polskich więzieniach prowadzi się behawioralną terapię dla pedofilów. Uczą się, jak sobie radzić w krytycznych momentach. Ale Józef S. nawet nie był pod tym kątem zdiagnozowany. – Może on nie jest pedofilem – zastanawia się jeden z pracowników więzienia. – Tylko ma zaburzoną seksualność, dlatego wybiera dzieci, zwierzęta, a więc coś, nad czym może dominować. Poza tym Józef odmawiał jakiejkolwiek współpracy z psychologiem i terapeutą więziennym. W Wołowie zostawił za sobą złe wspomnienia. Wacław, dziennikarz, ma swoją teorię „Józkowego zła”. – Rodzice prości byli, wychować go nie umieli, poradzić z tymi jego skłonnościami. Nikt nie wiedział co to psycholog, pasek i tyle – mówi. – On przed tym więzieniem to nawet nie tyle agresywny był, ile dziwak. A jak wrócił, to po nocy chodził, szwendał się, badał. Jak hibernatus świat odbierał. A czemu to znowu zrobił i czy on to zrobił, ja nie wiem. Trzeba sensacji nie szukać, tylko prawdy, a może recepty na to co Józka dręczy. Sąsiad Józefa nie ma złudzeń. – Jak go wypuszczą, to my sami sobie z nim poradzimy – mówi twardo, a twarz mu tężeje. – Lincz będzie, gorzej niż we Włodowie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL