Publicystyka

Media na wojnie z mediami

Rafał A. Ziemkiewicz
Rzeczpospolita
Lizusostwo niektórych członków medialnego establishmentu wobec władzy jest tak daleko posunięte, że gdyby nawet złapano kiedyś Donalda Tuska z dymiącym pistoletem nad ciałem zastrzelonej staruszki, ich interesować będzie tylko, kto go tropił i po co złapał – pisze publicysta "Rzeczpospolitej"
[b][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/10/12/media-na-wojnie-z-mediami/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Co zrobić w sytuacji, gdy wiarygodność partii rządzącej i samego premiera została nadszarpnięta oskarżeniami o nadużywanie władzy, załatwiactwo i niejasne powiązania? Ponieważ już to przerabialiśmy, nikt nie powinien mieć wątpliwości. Przede wszystkim, należy odsunąć rządzącą partię od władzy, bo dopóki ma wpływ na prokuraturę, służby specjalne i media, nie można liczyć na to, że zarzuty zostaną uczciwie i bezstronnie wyjaśnione.
Kryzys państwa, spowodowany zakwestionowaniem uczciwości rządzących i ich demokratycznego tytułu do sprawowania władzy, wymaga, by wszystkie partie opozycyjne porozumiały się i odłożywszy na bok dzielące ich różnice, powołały po pierwsze "rząd techniczny", a po drugie odpowiednią liczbę komisji śledczych, które na użytek społeczeństwa ujawnią całą prawdę o naturze skorumpowanych rządów, tak aby nigdy już, w żadnych wyborach, skompromitowana partia nie miała szansy powrócić do władzy. [srodtytul]Gdzie ta afera? [/srodtytul] Tak przynajmniej przedstawiciele medialnego establishmentu orzekali zgodnym chórem, gdy posłanka Beger "wkręciła" dwóch posłów PiS przed TVN-owską ukrytą kamerą. Bezmiar zepsucia i "korupcji politycznej", który wymagał ich ówczesnym zdaniem tak radykalnych posunięć, nie polegał na wykryciu, że jacyś cwaniacy manipulują procesem stanowienia prawa, nie groziło uszczuplenie wpływów podatkowych ani nie okazało się, że urzędnicy odpowiedzialni za ważną prywatyzację używają jej jako przykrywki do nielegalnego rozliczenia zaległych transakcji z międzynarodowym handlarzem bronią. Skandal polegał wyłącznie na tym, że gdy Renata Beger prowokacyjnie żądała za przejście do PiS stanowisk dla siebie i znajomych, Adam Lipiński dyplomatycznie nie wykluczał takiej możliwości, i na tym, że Wojciech Mojzesowicz namawiał ją do opuszczenia Samoobrony, opowiadając o degrengoladzie tej partii, na przykładzie zgwałcenia sekretarki (gdy potem temat seksualnych nadużyć na dworze Leppera podjęła "Gazeta Wyborcza", żadnej korupcji politycznej już w tym nie było). Pamiętam dobrze, iż jednym z najaktywniejszych wówczas liderów dziennikarskiej kampanii na rzecz stworzenia przez PO i SLD wspólnego z Samoobroną i LPR rządu technicznego był Jacek Żakowski. Trudno więc nie dziwić się, gdy teraz, w dniu opublikowania przez "Wprost" stenogramów rozmów "prywatyzatorów" od Aleksandra Grada, tenże sam Żakowski prezentuje (w TVN 24) postawę krańcowo odmienną: żadnej afery nie dostrzega, piekli się natomiast na tygodnik, który uprawia "zwykłe szczucie i psucie atmosfery". Żakowski nie jest odosobniony. Tego samego dnia już w porannym programie Radia TOK FM to samo orzekła, wraz ze swymi gośćmi, Janina Paradowska. Afery nie dostrzegają ani komentator "Gazety Wyborczej", ani komentatorzy wypowiadający się w radiach Zet i RMF. Ci sami, którzy niczego zdrożnego nie widzieli w zorganizowaniu w hotelowym pokoju przez program "Teraz my" zasadzki na polityków PiS, jednym głosem oburzają się natomiast na "Rzeczpospolitą" i "Wprost" za ujawnienie materiałów, które może i nie są wystarczające dla wszczęcia prokuratorskiego śledztwa, ale jednoznacznie pokazują Polakom, jakiej deprawacji uległa obiecana przez PO "polityka miłości", nie mówiąc już o zapowiadanej przez nią "prawdziwej walce z korupcją". Niemal każde ujawnienie skrywanych poczynań ludzi władzy, jakie miało miejsce w krótkiej historii III RP, począwszy od afery InterAmsu czy Banku Staropolskiego, owocowało falą agresji przeciwko dokonującym tego mediom. Zawsze też sypały się oskarżenia i insynuacje w nieśmiertelnej stylistyce "kto za tym stoi, komu to służy" – ile im za to zapłacili, kto im doniósł i co chciał przez to osiągnąć etc. [srodtytul]Prawda psuje atmosferę [/srodtytul] Ale jak dotąd zasadą było, że reagują tak tylko politycy. Dlatego gdy minister (na szczęście już były) Andrzej Czuma ubliża nam od nazistów albo poseł Andrzej Halicki pozwala sobie na nazywanie "Rzeczpospolitej" i "Wprost" "nowo otwartymi oddziałami CBA", to rzecz, nie przestając oburzać, w jakiś sposób jest zrozumiała. Choć dotąd było też regułą, że takie reakcje polityków były kontrowane przez dziennikarzy, czasem już przez przeprowadzającego wywiad. Tym razem dokonał się jakościowy skok. Życzliwy władzy medialny establishment, którego liderzy zupełnie otwarcie deklarowali swego czasu, że widzą swą misję w niedopuszczeniu do powrotu władzy nie tylko PiS, ale w ogóle jakiejkolwiek siły politycznej nieakceptowanej przez pookrągłostołowy establishment, nie tylko udzielili politykom propagandowego wsparcia w odgrywaniu ofiar medialnej nagonki, ale też ochoczo – w imię wspierania chwiejącej się władzy – zakwestionowali to, co jest podstawą misji mediów w demokratycznym kraju: ujawnianie prawdy. Prawda, jeśli ma "psuć atmosferę", nie powinna być dla mediów wartością, a jeśli jest, zasługuje to na potępienie. [srodtytul]Bezmiar obłudy[/srodtytul] Jest w tym bezmiar nie tylko obłudy, ale i głupoty. Gdy swego czasu w felietonie podważyłem kanoniczną wersję tak ważnego dla zachodniego etosu wolnych mediów wydarzenia, jakim była afera Watergate, to właśnie jeden z frontowych publicystów "Gazety Wyborczej" napadł na mnie bardzo ostro, upierając się, by ujawnienie przez "Washington Post" nadużyć ekipy Richarda Nixona traktować jako modelowy wzór do naśladowania. Przypomnijmy – nadużycia te ujawniono, nagłaśniając "przeciek" pochodzący od wysokiego urzędnika administracji. Z punktu widzenia prawa człowiek ten popełniał oczywiste przestępstwo, zdradzając tajemnice państwowe i służbowe. Nikomu jednak w USA nawet przez myśl nie przeszło naciskać na gazetę, by ujawniła, od kogo ma informacje, nikt nie spekulował, co też anonimowy informator chce osiągnąć, jaką grę prowadzi, czy może kieruje nim osobista nienawiść do Nixona (tak, jak się zdaje, było w istocie – wiceszef FBI zdecydował się sypać rozżalony, że prezydent pominął go przy awansie) czy coś innego. Nikt nie próbował deprecjonować "Washington Post", nazywając go "drukarką FBI" ani zapełniając czas antenowy dociekaniami, skąd wiedział i po co opublikował. Liczyło się tylko jedno – prezydent kazał nielegalnie inwigilować swych politycznych przeciwników i publicznie kłamał! Nie trzeba zresztą sięgać po tak odległe przykłady. Po rozesłaniu przez szefa CBA do głównych urzędników w państwie informacji o aferze hazardowej Andrzej Czuma zaatakował go publiczną insynuacją, jakoby "chciał aresztować Jolantę Kwaśniewską". Ten enigmatyczny atak już nazajutrz podjęła "Gazeta Wyborcza", publikując liczne szczegóły tajnej operacji CBA, o których mogła dowiedzieć się tylko od byłego ministra albo jakiegoś ryjącego pod Kamińskim "kreta" w CBA. Była to publikacja ewidentnie polityczna, inspirowana z zewnątrz i współtworząca atmosferę nagonki na szefa CBA, mająca ułatwić władzy odwołanie go pod lipnymi zarzutami. A kilka dni później jeden z odpowiedzialnych za takie zaangażowanie gazety wicenaczelnych pozwala sobie na żałosne aluzje pod adresem "Rzeczpospolitej" jako "drukarki CBA"! [srodtytul]Granice zepsucia [/srodtytul] Lizusostwo niektórych członków medialnego establishmentu wobec władzy jest tak daleko posunięte, że gdyby nawet złapano kiedyś Donalda Tuska z dymiącym pistoletem nad ciałem zastrzelonej z tego właśnie pistoletu staruszki, ich interesować będzie tylko to, kto go tropił, po co złapał i który z Kaczyńskich stał za tym aresztowaniem. Trudno, takie przypadki dziennikarskiej deprawacji trzeba pozostawić ocenie czytelników, widzów i słuchaczy. Jeśli prorządowi dziennikarze chcą udawać, że wierzą, iż powodem odwołania Kamińskiego są rzekome nieprawidłowości śledztwa, które dawno zakończyło się skazaniem winnych przez sąd i na każdym etapie zatwierdzane było przez odpowiednie prokuratury i sądy – to niech się ośmieszają. Jeśli nie dociera do nich, że gdyby oferta libańskiego handlarza bronią była rzeczywiście poważna i korzystna, to nie trzeba by było ustawiać pod nią przetargu, bo wygrałaby sama – jak wyżej. Ale żądając od niepoddających się władzy establishmentu mediów, aby się razem z nimi sprzeniewierzyły dziennikarskiemu powołaniu, doprawdy przekroczyli ostatnie granice zepsucia.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL